środa, 16 maja 2012

Yves Rocher Krem na dzień dobry, czyli słów kilka jak mieć zły dzień i stracić 60zł

Dzień dobry :) Dziś będzie mniej kolorówkowo a bardziej pielęgnacyjnie. I mało przyjemnie raczej. Wiem, że wolicie czytać tylko te dobre opinie, ale ja nie mogę przyłączyć się do chórku pochwalnego na cześć naszego bohatera- kremu YR Culture Bio na dzień dobry.  Zanim jednak przeczytacie moją opinię oto co pisze o nim producent:



Pielęgnacja twarzy bio.
Delikatny, nietłusty krem stymuluje skórę, chroni ją i pielęgnuje. Twoja cera promienieje, jest intensywnie nawilżona i pełna witalności.
Doskonała baza pod makijaż o stymulującym zapachu mięty pieprzowej.

Nasza rada: rozgrzej odrobinę kremu w dłoniach, poczuj jego energetyzujący zapach dzięki naturalnym olejkom, które poprawiają humor i nadają cerze urody.
85% kobiet uważa, że krem pomaga chronić skórę przed agresjami z zewnątrz.
85% twierdzi, że skóra jest idealnie chroniona.
78% kobiet uważa, że ich skóra odzyskała blask.
Test przeprowadzony na 26 kobietach.

99,4% składników naturalnych
25,9% składników bio


i skład:
Aqua, Hamamelis Virginiana Water, Glycerin, Alcohol, Tribehenin, Cetyl Alcohol, Corylus Avellana Nut Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Coco-Caprylate/Caprate, Caprylic/Capric Triglyceride, Behenyl Alcohol, Sucrose Cocoate, Sorbitan Stearate, Myristyl Alcohol, Talc, Camellia Sinensis Extract, Olea Europaea Leaf Extract, Calendula Officinalis Extract, Myristyl Glucoside, Xanthan Gum, Sodium Benzoate, Dehydroacetic Acid, Sorbic Acid, Limonene, Arginine, Aloe Barbadensis Extract, Juniperus Virginiana Oil, Citrus Aurantium Dulcis Oil, Citric Acid, Citrus Aurantium Amara Oil, Mentha Piperita Oil, Lavandula Augustifolia Oil, Citrus Nobilis Oil, Linalool, Geraniol.

Tyle obietnic. 
A jak to było w moim przypadku? 


Przewertowałam KWC w poszukiwaniu kremu na dzień, który nawilży i nie zrobi krzywdy, czyli wymagania raczej standardowe przy cerze mieszanej ;) YR wydał się dobrym wyborem więc odwiedziłam ich sklep zaopatrując się nie tylko w krem do twarzy, ale i krem pod oczy z tej samej serii i ochoczo zabrałam się do testów.


Dzień 1.
07.30 Ok, here we go... Tubka w dłoń i ku chwale ojczyzny. Beżowe, leiste, fuck chyba wylałam pół tubki do zlewu, ok, ok sytuacja opanowana. Zielsko, czuję zielsko, skąd czuję zielsko? A to moja twarz. 
08.00 Czemu się nadal błyszczę? Więcej szpachli, więcej pudru matującego. Dobra mogę wyjść do ludzi. 

11.00 O żesz, co jest?  Aaaaa czemu się tak błyszczę? MSFN Ty świnio, jak mogłeś? <bibułka matująca>.
Mogę wracać do ludzi.

13.00 <2 bibułki matujące> Podkład też wypieprzę...
15.00 <żarówka w głowie> A może to krem? 
17.00 Krem zmyty, twarz może oddychać.
22.30 Ok, próbujemy jeszcze raz. Łeee to się znowu leje... dobra mam, wklepujemy... i wklepaliśmy. Ząbki i spać, aaaa nie jeszcze serial :D 

Dzień 2.
07.00 Dwa kolejne syfy - ok moja cero, kiedyś Ci się odwdzięczę! 
07.30 ...
... patrz dzień 1. 
17.00 Krem zmyty <zrodziło się podejrzenie, analiza składu, werdykt: jest ok> 
22.30 Raz kozie śmierć, nakładamy śmierdziela znowu.

Nie było ok. Przez kilka kolejnych dni stopniowo odstawiałam po kolei kosmetyki - podkład, puder, i w końcu dotarło do mnie, że to co brałam za objaw oczyszczania się cery po kwasach jest paskudnym wysypem spowodowanym przez ten krem. Niestety z obietnicami producenta nie zgadzam się w żadnym razie. Moja cera po użyciu tego kremu stała się paskudna. Przetłuszczenie, wypryski, szary koloryt i brak nawilżenia - oto co w mniemaniu YR jest dobrym dniem. A obietnica o bazie pod makijaż jest śmieszna - podkład spłynął w mgnieniu oka, i już paskudne rozprowadzanie go powinno było dać mi do myślenia. 

Krem nałożony na oczyszczoną cerę wchłania się do pewnego momentu, potem należy odcisnąć go chusteczką, inaczej mamy jakby foliową warstwę na twarzy i uczucie duszenia się skóry. 
Pukniecie się w czoło i powiecie, ze głupia jestem i powinnam odstawić go od razu. Ano to mogło być co innego, więc wolałam działać stopniowo. 

Na pocieszenie powiem, że wypróbowałam go także na cerze współlokatorki - i efekt był identyczny, czyli to nie moje kaprysy, a badziewny krem (nieprawdaż Ewo? ;>). 

Co to kwestii technicznych: Krem zapakowany jest w kartonik będący jednocześnie ulotką. Opakowanie jest z miękkiego plastiku, dzięki czemu można go zużyć do końca gdyby ktoś wpadł na ten szalony pomysł ;) Konsystencja wręcz to ułatwia bo jest strasznie leista i trzeba uważać by nie wylać zbyt dużo na dłoń (otwór jest i tak zbyt duży). Pachnie ziołami, na pewno nie miętą, jakoś tak bardziej trawiasto. Kolor jaki widzicie na zdjęciu to rzeczywistość - brudny beż ;)  Pojemność to standardowe 50ml za cenę... no właśnie zbójecką - 59zł, jak na właściwości tego kremu jest ona naprawdę wygórowana. Nie wiem czy można dostać go w promocji, bo raczej nie kupuję w YR, ale w normalnej cenie nie polecam, nie warto.

A tak tubka wygląda w rzeczywistości: 

Nie jest to plemnik, wbrew skojarzeniom :P
Więc jeśli macie ten krem w planach, naprawdę radzę się zastanowić albo przynajmniej zdobyć próbkę :) Moja cera nie jest jakoś specjalnie kapryśna a ten zdołał ją zepsuć i co gorsza, do tej pory nie wiem czym :/ W tej chwili mam swój kremowy prawie ideał, a smętna tubka Bio Culture stoi w szafce czekając na lepsze czasy. 

PS. Moja recenzja z KWC dziwnym trafem zniknęła, ale pewnie część z Was zdążyła ją przeczytać - potwierdzała ona to co jest napisane powyżej ;) 

Pozdrawiam serdecznie
M.

2 komentarze:

  1. Twoj opis dialogowy jest genialny, sie ubawilam niezle:))
    Nie przepadam za YR, cokolwiek kupowalam bylo niefajne. Wiec obecnie czasem susze sie na zel pod prysznic.

    ps. Tez kiedys odwdziecze sie cerze, jak znajde jej progomce

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja akurat tego kremu nie znam, ale Hydra Vegetal bardzo sobie chwalę! W ogólę lubię yves rocher :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...