wtorek, 21 sierpnia 2012

Chanel Diwali, czyli swatche na życzenie :)

Cześć!

Dzisiaj będzie krótko i na temat: Diwali i jego swatche + porównanie z H&M Sparkle & Shine, Baby!

Przejdźmy zatem do konkretów:

Buteleczka z opakowaniem zewnętrznym, jak widać jest klasyczne, charakterystyczne i bardzo Chanel. Podoba mi się to nieprzeładowanie i konsekwencja we wzornictwie. Wewnątrz znajdziemy lakier w kolorze złota szampańskiego, chłodnego z małymi drobinkami, które dają mocno metaliczny efekt. Oczywiście ślady pędzelka są widoczne przy nakładaniu, nie ma się co czarować ;) Dwie warstwy jakie pokazuję na zdjęciu gwarantują pełne krycie.

W porównaniu do Sparkle & Shine, Baby!, Diwali jest zdecydowanie chłodniejszy i bardziej taflowy,
w lakierze H&M srebrne drobinki są dobrze widoczne na tle ciepłej bazy. Lakiery te nie są dla siebie odpowiednikami i cieszę się, że sprawiłam sobie to chanel'owe złotko, chociaż nie planuję zakupów kolejnych lakierów tej marki, wolę swoje Essiaki i Chinki za 1/4 ceny Diwali. Choć jest to lakier dobry jakościowo, nie zrobił na mnie wrażenia, że jest wart swojej ceny, ot, równie dobrze mógłby kosztować 30zł  ;) Wiem, że w przypadku Chanel płaci się głównie za najnowsze trendy i napis, ale w tej chwili mniejsze firmy w lot reagują na potrzeby rynku (choćby niebieska kolekcja Colour Alike, łudząco podobna do szanelowej ;)) i  wydaje mi się, że to ostatni mój lakier tej firmy :) 

Nie zrozumcie mnie źle, jeśli ktoś ma kolekcję lakierów wysokopółkowych (i nie mówię tu o OPI, które
w Polsce ma cenę co najmniej nienormalną) to świetnie dla niego i na pewno będę ją oglądać z pewną dozą zazdrości, ale na tym blogu opisuję swoje odczucia i jak na razie po prostu nie stać mnie, żeby kupować w Sephorze najnowsze odcienie Diora czy Givenchy :) 


Enojy: 

Dla jasności ;) Lewo - Diwali, prawo - Sparkle & Shine, Baby!
Na małym palcu S&SB, reszta paznokci Diwali
Wiem, że wiele z Was nie lubi złotych lakierów, ale może się do nich przekonacie, choć niekoniecznie do tych z metką Chanel ;) Na rynku jest wiele tańszych propozycji, które nie wyglądają tandetnie lub bazarowo, a  są w przyjaźniejszej dla portfela cenie ;) 

Pozdrawiam Was serdecznie
M. 



piątek, 17 sierpnia 2012

Rozwiązanie zagadki :)

Cześć! 

Te z Was, które twierdziły, że to lakier, jak najbardziej miały rację, ale dopiero Tiniaczek udzieliła dokładnej odpowiedzi ;) Wiedziałaś, prawda? ;) 

Teraz wygląda mniej więcej tak:

gdyż...

czwartek, 16 sierpnia 2012

Zagadka :)

Już za chwileczkę, już za momencik... :) 

Co to jest, jak myślicie? 



PS. Wiem, że zdjęcie malutkie, ale większe powiedziałoby zbyt dużo :) Chociaż podejrzewam, że i tak ktoś zgadnie, jeśli choć trochę zna mojego bloga :)  

Pozdrawiam
M. 

niedziela, 12 sierpnia 2012

Ogłoszenia drobne :)

Cześć!

Moje drogie Czytelniczki, otóż możliwe jest, że przez następne parę dni będę na blogu nieobecna. Nałożyło się zbyt wiele spraw i na regularne publikacje nie mam czasu po prostu. Na pewno będę zaglądać na Wasze strony, więc mam nadzieję, że tak całkowicie o mnie nie zapomnicie a ja wrócę w glorii i chwale z nowym tytułem naukowym ;) 
Oczywiście na maile odpowiadać będę regularnie :)

Pozdrawiam Was serdecznie i  proszę trzymajcie za mnie kciuki przez najbliższy przynajmniej tydzień, aby dopięła do końca pewne sprawy :) 

M. 

piątek, 10 sierpnia 2012

Essie - something Borrowed, something Blue ;)

Cześć! 

Dziś na tapecie bardzo weselny Essiak :) Znacie to powiedzenie, że Panna Młoda powinna mieć coś pożyczonego, starego, nowego i niebieskiego (Something old, something new, something borrowed, something blue :))? Najwidoczniej to nim firma Essie zainspirowałam się przy tworzeniu tego koloru, którzy pochodzi z kolekcji Wedding 2011, całkiem udanej z resztą :) 

Nie mogłam się mu oprzeć, stał tak samotnie na douglasowej półce, a że akurat mieli wyprzedaż... cóż tak wyszło :D Dodatkowo jasnobłękitne odcienie od jakiegoś roku są jednym z moich ulubionych, więc po kuszeniu przez Maję, nie było innego sposobu :D 


Wszyscy mają Illamasqua - mam i ja :D

Cześć! 

Skądś znacie ten tytuł posta... Cute as A Button też wszyscy mieli, ale tym razem chodzi o konkretną firmę. Marti (tym razem obejdzie się bez piosenki :D) jakiś czas temu robiła zamówienie zbiorowe ze strony Illamaqua - w końcu duże wyprzedaże to dobry powód prawda?
Cóż ja mogłam upolować? No głupie pytanie -  lakier oczywiście :D Tym razem wybrałam matową czerń, bo po prawdzie to porządnego czarnego lakieru u mnie niet, a jakiś by się w końcu przydał :D Tak więc w moje łapy trafiła paczuszka z kolorem Scorn - w kolorze czarnej skóry ♥ 




Taki swatch na szybko + trochę glitteru do tego :D 

Essie - A Cut Above, Models Own - Pink Fizz, Illamasqua - Scorn solo
Na każdym paznokciu dwie warstwy Scorn + 1 glitteru


Pozdrowienia
M. 

środa, 8 sierpnia 2012

Dupe or not? Inglotowe nudziaki: 715 vs. 842

Cześć! 

Robiąc porządki w moim magicznym pudełku wygrzebałam z niego dwa lakiery Inglota, które na pierwszy rzut oka wyglądały identycznie. A, że lubię takie rzeczy sprawdzać zrobiłam szybkie porównanie, może i której z Was się przyda :) 

Jak widać oba lakiery reprezentują kategorię nude, która to jest chyba najczęściej wyszukiwanym hasłem na moim blogu ;) Że ja niby taka nudna jestem? ;) 

Anyway, mamy tu satynę i normalny, lśniący lakier. 715 jest nieco trupi, dużo w nim chłodnego różu i przybrudzonej beżem szarości, 842 z kolei ma domieszkę brzoskwini i w porównaniu z poprzednikiem wypada nieco cieplej i ciemniej. 
L - R, dół - góra: 715, 842, 715, 842
 W wersji zmatowionej, 842 jest czystszy, nie ma tego poszarzałego podbicia, idzie bardziej w stronę beżu.
L - R,  dół - góra:  715, 842, 715, 842

Werdykt: 
Męskie oko zapewne stwierdziłoby, że to identyczne odcienie, ale dla nie nie jest to dupe i mimo chłodnych uczuć do inglotowych lakierów cieszę się, że mam oba ;) A jaka jest Wasza opinia? 

Chciałybyście częściej widzieć posty z serii dupe? Nie tylko lakierowe, ale i kolorówkowe? Dajcie znać :) 

Pozdrawiam
M. 

Pachnące niespodzianki :)

Cześć! 

Jak widzicie listonosz ma wiele pracy ostatnio ze mną ;) Dziś dotarła do mnie paczuszka z bardzo interesującą zawartością :) 

Zapewne większa część z Was nie wie (a mniejsza niecnie współuczestniczyła w tym procederze ;)), że w poprzednim życiu ;) byłam zdecydowanie bardziej wielbicielką perfum niż kolorówki, a już zwłaszcza lakierów do paznokci :) Perfumy, odlewki, próbki, wspólne zakupy, buszowanie po Allegro w poszukiwaniu perełek - to było moje hobby. Zbiór się rozrastał, kolejne coraz to bardziej niedostępne zapachy pojawiały się na liście chcę muszę  je mieć, ale w pewnym momencie przyszło lekkie zastanowienie, że przecież to perfumy i tak naprawdę używam kilku - kilkunastu flakonów wymiennie, a reszty tylko od święta. Do tego dołożyły się też zmiany na pewnym forum, gdzie się udzielałam i świat perfum jakoś przestał mnie pociągać w takim stopniu jak kiedyś. Najlepszym dowodem jest fakt, że od 1.5 roku kupiłam 1 (słownie: jedną) flakon. Lakiery są zdecydowanie tańszym hobby ;) 


Ostatnio jednak ze znajomą z forum wymieniłyśmy się próbkami, miało to być kilka sztuk, tymczasem Agnieszka się rozszalała i zobaczcie co dostałam w mocno pachnącej kopercie: 



Paczka była tak pancernie opakowania, że dobierałam się do niej przez dobre 15 min ;) 


Aga! Dziękuję za tak piękne próbki, oczywiście jedną z nich potrzaskałam zaraz po obfoceniu i teraz cała pościel pachnie mi Jennifer A. ;)
Będzie dużo, dużo testów i wąchania, tym bardziej, że żadnego z tych zapachów nie znam :D 


A jaki jest Wasz stosunek do perfum? Lubicie mieć kilka flakonów, czy jesteście wierne tylko jednemu zapachowi? :) 

Pozdrawiam Was serdecznie i pachnąco ;)
M.

wtorek, 7 sierpnia 2012

Dior 5 couleurs - 970 Stylish Move, czyli o magii dwóch literek ;)

Cześć! 

Tym razem nie będzie o paczkach ani lakierach ;) Będzie o chyba najstarszym rezydencie mojego kuferka :) Palecie cieni Christiana Diora w moich ulubionych fioletach. Czemu piszę, że najstarszym? Ano, mam ją już przeszło 5 lat, dostałam ją w ramach prezentu po-maturalnego, a właściwie sama znalazłam na All. za mniej niż 1/2 ceny sklepowej u Agaty/Nevady/Beautyicon :) Oczywiście nie był to nowy produkt, nosił nieznacznie ślady użycia, ale i tak uważam, że był to jeden z lepszych deal'i kosmetycznych w mojej karierze :) Jak widać świetnie służą mi do tej pory, i w żadnym nie dobiłam do denka, choć używam ich często :) 

Paczki, paczuszki :)

Cześć! 

W końcu po wielu bojach i trudach dotarła do mnie paczka z Truskawy z markami, których jeszcze nie miałam okazji przetestować a mianowicie Too Faced i Bobbi Brown. Oprócz tego na wyprzedaży blogowej u Pilar (dziękuję Ci serdecznie, PP stanęła na wysokości zadania i paczkę mam już dzisiaj :)) znalazłam dwie Chinki, które bardzo chciały znaleźć miejsce w moim pudełku - Flip Flop Fantasy (mój pierwszy neon!) i Raspberry Festival - tutaj się proszę nie dziwić, dla samej nazwy bym go wzięła w ciemno, wszak jest malinowy :D 
Paczka z Truskawy zawierała również cudo dla mamy, które być może załapie się kiedyś na zdjęcia, bo pewnie będę jej podkradać :D 

I tak na szybko foty: 

Too Faced - Glamour to Go
Pierwsze wrażenie - jakie to malutkie :D Drugie wrażenie - będzie idealna w podróż:D Zawartość na żywo bardzo na plus, tutaj możecie obejrzeć wiarygodne swatche :) 

Bobbi Brown Rich Lip Colour - Heather Pink 
 Dzienny beżo-róż na pierwszy rzut oka podobny do Hug Me MACa :) TUTAJ na Krysi ;) 

Flip Flop Fantasy, Raspberry Festival
Neon na żywo jest bardziej no.... neonowy :D i mniej różowy :D Trochę trudno się nakłada ale schnie błyskawicznie do winylu i konia z rzędem temu kto zrobi dobry swatch tego cholerstwa :D A Malinowy festiwal jest piękny, iskrzący różem, srebrem i złotem i kryje już po dwóch warstwach. Yay! :D 

 Powiedzmy, że zrobiłam sobie sama spóźniony o kilka dni prezent urodzinowy :D Wszystko na żywo wygląda nawet lepiej niż na zdjęciach i jest naprawdę zadowolona :) 

A Wam jak się widzą moją zakupy? :) 


Pozdrawiam
M. 

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Essie Olé Caliente czyli jak nie ufać swatchom w internecie ;)


Cześć! 

Dziś obsEssie ciąg dalszy ;) Wyciągnęłam z szuflady kolor, który był moim prywatnym mini rozczarowaniem ;) 
Po obejrzeniu zdjęć zagranicznych blogerek napaliłam się na Olé Caliente, jak nie przymierzając, szczerbaty na suchary ;) Kolor pochodzi z kolekcji Navigate Her na wiosnę 2012 i w Polsce był niedostępny, a jakże! Po przewertowaniu zdjęć i sprzyjającej okazji, która nazywa się Kasia ;) zamówiłam sobie go w zamorskim kraju z nadzieją, że przyleci do mnie czerwień z podtonem malinowym. Otóż nie. Nie do końca. Kolor idealnie jest opisany na stronie: red-orange with pink undertone, na moich paznokciach jednak przeważa red z domieszką orangepink bardzo kaprysi i pokazuje się rzadko ;) 
A zdecydowanemu zróżnicowaniu kolorystycznemu swatchy (klik!) ;) przestałam się dziwić kiedy sama próbowałam zrobić mu wiernie oddające kolor zdjęcie ;) 

Z resztą swatche które są khem... średnio wierne, wrzucone na zasadzie: Jak już zrobiłam zdjęcie to zamieszczę chociaż pokazuje zupełnie inny kolor niż w rzeczywistości, to jedna z niewielu rzeczy, która mnie bardzo irytuje w blogach. Ale nie o tym chciałam więc wracam do meritum :D 


Wyniki sezamkowego rozdania :)


Cześć! 

Dziś przychodzę do Was w końcu z wynikami rozdania lakieru Joko Sesame. Moja maszyna losująca wybrała tym razem: 


Aaliyah gratuluję serdecznie i już wysyłam maila z prośbą o podanie adresu :) Mam nadzieję, że to miła niespodzianka, a reszcie biorących udział życzę powodzenia następnym razem :) 

Pozdrowienia
M. 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Sanoflore Emulsion Fraiche Anti - Imperfections - Orzeźwiający krem - fluid przeciw niedoskonałościom skóry z olejkiem eterycznym, czyli rzecz o pielęgnacji wymagającej cery z niezwykle długim tytułem ;)

Cześć! 

Dziś inaczej niż zwykle, bo pielęgnacyjnie, tak z okazji niedzieli ;)
Nie sposób mi nie wspomnieć tutaj, w recenzjach o kremie, który jako jedyny z dotychczas przetestowanych specyfików ujarzmił moją, dość wymagającą w pielęgnacji cerę + przed chwilą wyrzuciłam 4 zużyte opakowanie ;) 
Czemu twierdzę, że jest wymagająca? Ano, zaskórniki, rozszerzone pory, zaczerwienienia, jasna karnacja, na której widać nawet najmniejszą niedoskonałość, błyszczenie... Powiecie, że większość dziewczyn narzeka na swoją cerę owszem, zgodzę się, ale moja wyjątkowo mnie już, pardon my French, wk**wia. Po 10 latach najróżniejszych kuracji i kupie kasy jaką straciłam na wszystkie cudowne specyfiki, człowiek ma się prawo irytować, nieprawdaż? :)

Tak więc po krótkiej charakterystyce możemy przejść do meritum, czyli recenzji kremu we własnej osobie(?) ;) Uprzedzam, że nie będzie to krótka recenzja :) 
Część rodziny Sanflore z trawą cytrynową - źródło
Krem o Bardzo Długiej Nazwie jest produktem francuskiej firmy Sanoflore, która produkuje kosmetyki naturalne o wysokiej wiarygodności, potwierdzonej wszelkiej maści certyfikatami z ECOCERT na czele ;) Nie zawiera parabenów, rzecz oczywista i składa się 99% ze składników pochodzenia naturalnego - jakżeby inaczej ;) 



Z zewnątrz: 
Kartonik we wzór trawy cytrynowej kryje w sobie plastikowe opakowanie z pompką, również ozdobione zielonym wzorem, z matową nakrętką. Napisy na kartoniku są również po polsku, oprócz rodzimego dla Sanoflore francuskiego. Pompka pracuje bez zarzutu i wysysa krem do ostatniej kropli, nie zacina się i nie zatyka. Przy pierwszym użyciu musimy ją nacisnąć kilka razy, bo na początku pompuje jedynie powietrze.
Dwa kliknięcia wystarczą aby uzyskać ilość, którą pokryjemy całą twarz, bez nadmiaru. Podoba mi się higieniczne rozwiązanie nakładania, nie lubię kremów w słoiczkach, bo każdorazowe pchanie paluchów do niego gwarantuje nowe bakterie w środku, nawet jeśli myjemy ręce przed ;)

Wewnątrz: 
Krem to biała emulsja, nie przelewa się przez palce ale i nie jest typowo żelowy. Pachnie trawą cytrynową,m przyjemnie, nienachalnie. Rozprowadza się dobrze, nie wałkuje i naprawdę szybko wchłania się do matu, ale przy nierozsmarowanym nadmiarze zostają białe smugi - można sobie zrobić kuku ;) Przy dostaniu się do oczu nie szypie, ale producent ostrzega by nie stosować go w tych okolicach. Współgra z podkładami i pudrami różnych marek, nie powoduje ich ważenia i ciemnienia w trakcie dnia. Nie zawiera filtrów SPF!



Skład: Aqua/Water, Mentha Piperita Leaf Water/ Peppermint Leaf Water*, Alcohol*, Dicaprylyl Carbonate, Octyldodecanol, Glycerin, Silica, Glyceryl Stearate Citrate, Behenyl Behenate, Arachidyl Alcohol, Cetearyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Arginine, Salicylic Acid, Capryloyl Glycine, Arachidyl Glucoside, Potassium Sorbate, Parfum/Fragrance, Xanthan Gum, Linalool, Limonene, Sodium Phytate, Cymbopogon Flexuosus Oil*, Citral, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil/ Rosemary Leaf Oil*, Citronellol, Geraniol, Satureia Montana Oil*, Eugenol, Cymbopogon Nardus Oil/ Clove Flower Oil*, Nepeta Cataria Oil*, Origanum Heracleoticum Flower Oil*, Thymus Vulgaris Oil- Thyme Flower/Leaf Oil*, Melissa Officinalis Leaf Oil*, Citric Acid, Tocopherol, Alcohol.
*składniki z kontrolowanych upraw ekologicznych


Działanie: 
Kremu tego używam nieprzerwanie od 10 miesięcy i tak jak napisałam u góry, dziś otworzyłam kolejne opakowanie, które grzecznie czekało w szafce na swoją kolej. W recenzji KWC nazwałam ten krem swoim Swiętym Graalem, dziś jestem nieco bardziej powściągliwa w opinii, ale nadal twierdzę, ze to najlepszy krem na dzień jakiego używałam. 
Nakładam go rano codziennie, i czasem wieczorem, jeśli akurat nie kładę kwasów lub Cetaphil'u. Prawdą jest, że matuje na dobre kilka godzin, co wcześnie właściwie nie zdarzyło się żadnemu kremowi u mnie. Rozszerzone pory (nie wielkie kratery na nosie ;)) są delikatnie zwężone, cera jest uspokojona i nawilżona, i co najważniejsze nie zatyka porów i nie powoduje zaskórników, czy to zamkniętych czy otwartych. Koloryt z nieco szarego zmienił się na zdecydowanie zdrowszy, a podskórna kaszka na czole zniknęła. Dla cer mieszanych i normalnych to bardzo dobry krem na dzień, dla bardzo tłustych jest za lekki i jeśli ktoś lubi mat, on nie podoła. Nie zwęzi również mocno rozszerzonych porów. 

Po kilku miesiącach cera przyzwyczaiła się do niego i nie działa tak spektakularnie jak na początku, co absolutnie nie znaczy, że jest zły lub stracił całkowicie swoje działanie :) Z czystym sercem mogę powiedzieć, że przetłuszczanie się zmniejszyło a i niespodzianek mam coraz mniej, właściwie to tylko jakiś mały syfek przed okresem się zdarzy.
W okresie wiosna-jesień jest idealny, na zimę polecałabym jednak coś mocniejszego, bardziej ochronnego lub więcej warstw na twarzy - ja kładłam na niego podkład + 2 pudry i takie combo dawało radę). 
Nawet na delikatnie podrażnionej kwasami cerze nie szczypie i nie robi jeszcze większej jesieni średniowiecza ;) i mimo wysokiej zawartości wyciągów roślinnych nie uczula, a ja w końcu mam naturalny krem, który nawilża a nie zapycha i poczucie, że nie nakładam kolejnego syfu na twarz :) 

I mała uwaga: to nie jest krem leczniczy dla cer trądzikowych, on nie sprawi, że pryszcze w magiczny sposób znikną. To krem na niedoskonałości a nie regularne ropne wulkany, jego zadaniem jest nawilżać, matowić i delikatnie zwężać pory, a także przy okazji uspokajać cerę. I to robi w 200%, do pozostałych zadań są kremy z kwasami lub maści od dermatologa.

Szczegóły techniczne: 
Opakowanie mieście w sobie 50ml, czyli to standardowa pojemność. Ta ilość wystarcza na 2.5 miesiąca codziennego używania rano i co jakiś czas wieczorem. Ważny jest 12 miesięcy od otwarcia. W Superpharm często jest -30% na produkty Sanoflore wtedy koszt takiej buteleczki to ~ 45zł, normalnie kosztuje 59.99zł, co uważam jest nieco przesadzoną ceną. W innych aptekach można spokojnie kupić go za 43zł
Jeśli ktoś lubi potestować przed zakupem warto pytać o próbki, bo jestem chodzącym przykładem na ich istnienie ;) Są całkiem spore, spokojnie starczą na 2 - 3 użycia. 





Podsumowanie: 
Moim zdaniem to jedna z lepszych propozycji na rynku dla cery mieszanej/normalnej z półki EKO. Jeśli szukacie lekkiego kremu na dzień, który ma nie szkodzić, a fajnie byłoby gdyby pomagał, to Sanoflore jest świetnym kandydatem do tej roli. Nie zapycha, matuje i nawilża. Dla cer mało wymagających lub jako dodatek do mocniejszej pielęgnacji na noc będzie się sprawował doskonale. Przetestujcie same :) 


Uff to tyle ode mnie ;) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam ;)

Pozdrawiam Was niedzielnie
M. 

sobota, 4 sierpnia 2012

Essie - historia odnalezionego pędzelka :D


Cześć! 

Wróciłam właśnie z SP i przychodzę do Was z rozwiązaniem wczorajszej historii :D 

Przede wszystkim muszę pochwalić obsługę sklepu, bardzo miła i bezproblemowa (przynajmniej w Częstochowie). Pani z uśmiechem przyjęła moją reklamację i stwierdziła, że takiego egzemplarza jeszcze nie zdarzyło jej się oglądać ;) Miałam do wyboru talon na daną kwotę lub lakier w wybranym przez siebie odcieniu, ale na szczęście ostał się jeszcze jeden Demure Vix (musieli dołożyć od ostatniej soboty), tym razem sprawdzony naocznie przez obsługę, iż pędzelek zawiera ;) Tak więc tym razem już zdjęcie pełnoprawnego lakieru Essie - swatche tutaj (klik) :) 
I z tego co widzę limitka Poppy-razzi nie jest zbyt popularna, wyprzedał się właściwie tylko kolor Action, Bazooka, Lights i Camera - tych jest mnóstwo :) 

PS. Do tegoż SP wstawili szafę Essence z kolorówką, yay! :D Było całe RFB, ale nie wzięłam nic :D Bądźcie ze mnie dumne :D 

Pozdrawiam
M. 

piątek, 3 sierpnia 2012

Essie 40 Demure Vix, czyli lakier z niespodzianką


Cześć! 

Jak widzicie ostatni miesiąc nie jest dla mnie szczególnie łaskawy jeśli chodzi o blogowanie. Każdy weekend mam zajęty, panowie z ekipy budowlanej byli uprzejmi przeciąć światłowód jakim płynie do mnie internet, a tydzień wcześniej pokaźna burza postanowiła spalić nasz serwer, więc ponowne postawienie go też trochę czasu zajęło, ale wracam, tym razem już mam nadzieję, że na dobre i postaram się nadrobić wszelkie zaległości :) 

Po tym przydługim nieco wstępie przejdźmy jednak do głównej części programu, czyli lakieru: 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...