niedziela, 30 września 2012

Essie - Merino Cool ze specjalną dedykacją ;)

Cześć! 

Dzisiaj bardzo wyczekiwany post, który chciałam zadedykować Karotce oczekującej ze zniecierpliwieniem na swatche Merino Cool ;) Doczekałaś się :D 

Bez zbytniego gadania przechodzę do kilku słów opisu tegoż lakieru, który to oszukał mnie bezczelnie i miał być brudnofioletowy z domieszką szarości, a jak nie pokazuje poniższe zdjęcie - nie jest ;) Na żywo jest zdecydowanie bardziej szary. I nadal nie zdecydowałam czy jest na tyle fajny, że będę go nosić czy nie, ale chyba jednak zostawię. 



MC to szarość z fioletowymi podtonami, kremowa, nieco szklista, ale kryjąca na tyle by dwie warstwy wystarczyły. Nakłada się gładko bez smug i prześwitów i zasychając nie bąbelkuje. Pędzelek jak to w tej wersji Essie - sama radość :D Schnie szybko i bezproblemowo. I właściwie nie wiem co więcej na jego temat powiedzieć, zatem zapraszam na zdjęcia :D 







Lubicie takie odcienie? Ja przyznam, że nie przepadam za wszelkimi grzybno-błotnymi i  MC jest jednym z niewielu, który mogłabym zaakceptować :) 


Pozdrowienia

M. 

sobota, 29 września 2012

Manicure dnia - biel ze złotem z H&M

Cześć! 

Szybki poranny post prezentujący wyniki nadmiernego myślenia nad wyglądem paznokci :P Miał być po raz drugi Decadent Dish na dzisiaj, a proszę co wyszło :D

Prosto, klasycznie ale nie nudno czyli tak jak lubię najbardziej :)


Użyłam dwóch warstw Essie Blanc i dwóch H&M New Moon.

Enjoy!




piątek, 28 września 2012

Essie - Decadent Dish, czyli bądź mroczna na jesień ;)

Cześć! 

 Praca magisterska została złożona, czekam więc na termin obrony a w tzw. międzyczasie poza uczeniem się szkolę się w robieniu fotek i wynajduję kolejne cuda, które postaram się zaprezentować w tym miejscu. 

Dziś obiecany jakiś tydzień temu Essie (wybaczcie!) w kolorze Decadent Dish (w USA to Decadent Diva). Szperając po internecie w poszukiwaniu swatchy okazało się, że nie jest jakoś specjalnie popularny kolor, co w sumie mnie nie dziwi, bo ani on nude, ani czerwony/różowy, czyli nie mieści się w tej najpopularniejszej palecie odcieni ;) 

Na jesień wzięło mnie na ciemne, shimmerowe odcienie, a że zbiegło się to w czasie z promocją w SP, nie mogłam się oprzeć i temu lakierowi (Sexy Divide był drugi w kolejce). Nadal jednak szukam idealnego, nie kremowego czerwonego wina i gdybyście miały jakieś typy - dajcie znać! 


Ale do rzeczy - Decadent Dish/Diva to brąz wymieszany z bordo i ciemnoczerwonymi iskierkami, które zdecydowanie nadają mu głębi. W cieniu wygląda jak zwykły bordowy lakier, ale światło słoneczne wyciąga z niego magię, którą możecie zobaczyć na zdjęciach. Drobinki zawarte w lakierze lśnią mocno, ukazując jego drugą naturę. Rozprowadza się gładko, nie pozostawiając widocznych śladów pędzelka, dwie warstwy wystarczą na pełne krycie. Schnie naprawdę szybko (to chyba cecha wszystkich Essiaków) i jedyne do czego mogłabym się przyczepić to konieczność gładkiej płytki lub bazy wyrównującej pod spód, bo inaczej może uwydatnić nierówności.  Nosiłam go przez 6 dni (nie z własnej woli, żeby nie było :P), w trzecim dniu pojawiły się lekko starte końcówki i to wszystko, lakier nie odprysnął, jedynie lekko zmatowiał :) Tyle wrażeń na gorąco. Podziwiajcie więc zdjęcia: 





Mam nadzieję, że Wam spodobał się równie mocno jak mnie!

Pozdrawiam Was serdecznie i zapowiadam, że następnym Essie w kolejce będzie Merino Cool, który to jest paskudnie niefotogeniczny ;)

M.

PS. Kto jeszcze nie skorzystał niech pędzi na stronę MODELS OWN, po lakiery i inne ciekawostki - wszystko 50% taniej. Mój zestaw już do mnie leci! :D

piątek, 21 września 2012

Essie - Peach Daiquiri, czyli lakier, którego nazwa wprowadza w błąd ;)

Cześć!

Dzisiaj następny w kolejce Essie - nie spodziewajcie się innego tematu niż lakiery przez najbliższe parę dni ;) Prosiłyście o swatche Peach Daiquiri i są :) 

źródło
Co do samej nazwy to czuję się nieco oszukana, bo drink o tej nazwie, jaki zdarzyło mi się pić wygląda mniej więcej tak jak na zdjęciu obok i w niczym nie przypomina koloru lakieru Essie o tej nazwie. Nawet jeśli jest to wersja truskawkowa ;) 

Sam lakier natomiast jest zdecydowanie różowy. Ciepły, nieco idący w stronę koralu, ale nadal różowy. O ton ciemniejszy od powszechnie uwielbianego Cute as a button, jest równie uroczy co Guziczek, natomiast nie tak fuksjowy jak Watermelon. Nie zawiera drobinek, i ma dość szkliste wykończenie, powiedziałabym nawet, że nieco żelowe, bo przy dwóch cienkich warstwach moja biała cześć paznokcia radośnie prześwituje. 

Nakłada się równo i bez smug i wysycha niesamowicie szybko nie bąbelkując. 


Zostawiam Was zatem ze zdjęciami i zapowiadam, że jutro będzie coś mocno jesiennego i bardzo, bardzo fajnego!

PS. Przepraszam za skórki, aparat strasznie je przedstawił, w rzeczywistości nie są takie wysuszone. 





Mam nadzieję, że nadmiar zdjęć Was nie przytłoczył ;) A za wszelkie chęci kupna PD nie odpowiadam ;) 

Pozdrowienia
M. 

czwartek, 20 września 2012

Czerwony metalik czyli Essie - Jag-u-are (swatche)

Cześć! 

Nie byłabym sobą gdybym nie sprawdziła jak maluje się lakierem po paznokciach poddanych japońskiemu mani. Kosmetyczka co prawda ostrzegała, że lakier spłynie, ale minęło już kilka dni i stwierdziłam, że przeprowadzę test. I jak zaraz zobaczycie test wyszedł pozytywnie, a po tak gładkich pazurach mogę malować wszystkimi lakierami świata, bez względu na wykończenie ;) 

Na pierwszy ogień z essiakowych nabytków poszedł Dżaguar ;) bo to o niego miałam najwięcej próśb. Reszta będzie również - nie bójcie się ;) I w dniu dzisiejszym prezentuję jedynie swatche - po dwukrotnym nałożeniu lakieru niewiele mogę powiedzieć o jego trwałości ;) 

Jag-u-are to metaliczna czerwień ze złotym pyłkiem widocznym w opakowaniu. Bardzo świąteczna, bombkowa i nieco rzucająca się w oczy. W buteleczce nie jest ani zbyt chłodna, ani zbyt ciepła. 

Na paznokciach natomiast ujawnia są prawdziwą naturę - zero złota, 15% maliny ;) Malinowe tony wybijają się w świetle słonecznym ochładzając odcień lakieru. Jeśli ktoś ma krótkie paznokcie jedna warstwa spokojnie wystarczy, przy dłuższych dwie dają pełne krycie. Lakier rozprowadza się gładko, ale jest dość lejący się więc przy skórkach trzeba zachować odstęp. Tyle na szybko, resztę powiedzą swatche ;) 


Essie - Jag-u-are
I jak? Podoba Wam się? 

Pozdrowienia
M. 

środa, 19 września 2012

Dupe or not? - Essie vs. ... Essie ;)

Cześć! 

Dzisiaj kolejna lakierowa odsłona cyklu o odpowiednikach. Tym razem bitwa rozegra się wewnątrz jednej marki - Essie, która to ostatnio jest bardzo, bardzo popularna na blogach, za sprawą pewnej promocji ;) 

Essiak nr 1. - Demure Vix (KLIK!). Mój lakier z niespodzianką ;) a zaraz bardzo ładny dzienniak w odcieniach beżo-fioletu z kroplą różu i fioletowym shimmerem. Pierwotnie występował w kolekcji lato 2010 jako Demure Vixen, ale dołączył do stałej oferty pod nazwą Demure Vix

Essiak nr 2. - Lady Like. Kremowy brudny róż, lekko idący w stronę fioletu + mały dodatek szarości. Pochodzi z kolekcji jesiennej 2011. 


Tak wyglądają en face
Demure Vix, Lady Like 
 Shimmer w DV jest kiepsko widoczny, ale jeśli popatrzymy na buteleczkę pod kątem: 
Taaadaa - fioletowy połysk: checked.  LL nadal kremowy. 
Na pierwszy rzut oka widać, że są bardzo podobne, ale nie identyczne. A jak jest na paznokciach? Spójrzmy: 





Na każdym zdjęciu: DV - środkowy i mały, LL - wskazujący i serdeczny. 


LL jest nieznacznie ciemniejszy i bardziej szaro-fioletowy, DV ma więcej różowych tonów, ale oba z nich nadal zaliczyć można do kategorii nude-mauve. Shimmer w DV rozjaśnia lakier, ale nie rzuca się mocno w oczy. 

  Werdykt:

W 100% odpowiednikami nie są i to jest jasne. Jeśli ktoś nie przepada za takimi odcieniami i potrzebuje go tylko na wybrane okazje nie ma sensu mieć obu - tym bardziej, że Lady Like jest już trudno dostępny stacjonarnie (edit 23.03.2013: otóż  nie, zainteresowane tym odcieniem znajdą go w Hebe w stałej kolekcji). A maniaczki lakierów i tak kupią oba :P 

A Wy? Który wybrałybyście dla siebie? 

Pozdrowienia
M. 

wtorek, 18 września 2012

Niedoceniane produkty theBalm - cienie + swatche ;)

Cześć!

Dzisiaj będzie parę słów o produkcie z oferty firmy theBalm, który na blogach widuję wyjątkowo rzadko, a szkoda bo wart jest uwagi. Cienie Shady Lady - bo o nich mowa, nie są flagowym produktem amerykańskiej firmy, jak pudry czy paleta Nude'tude, ale za tą niepozornością kryje się całkiem przyjemne malowidło.


Mój zbiorek liczy 5 sztuk kupowanych stopniowo (kto oglądał moje zakupowe posty z czerwca ten wie ;)). W całym asortymencie jest ich 10 odcieni, ale reszta była zbyt powtarzalna lub dla mnie zbyt ciepła. 

Poniższy opis odnosi się do wszystkich kolorów tak więc zacznijmy od opakowania. W panterkowym kartoniku z nazwą i logiem firmy ukryta jest mini-książeczka ozdobiona tym samym nadrukiem i zawierająca cień i całkiem przyzwoitej jakości lusterko. Jest ona zamykana na dość mocny i zarazem upierdliwy magnes, który trzyma porządnie i nieraz musiałam się natrudzić by obie części od siebie oddzielić. Kartonik jest solidnie zrobiony i nie wyciera się od noszenia w kosmetyczce lub leżenia w kuferku.


Zawartość to pudrowy, miękki cień. Pigmentacja jest genialna. Wykończenie jest shimmerowo - metaliczne, żadnych tandetnych brokatów. Przy nakładaniu nieco się osypuje i trzeba na to uważać zwłaszcza przy ciemnych odcieniach, ale sam kolor przenosi się na powiekę bez zarzutu i tak też rozprowadza. W opakowaniu cienie nie pylą i nie robią bałaganu. Na oku ładnie się cieniują i łączą z innymi kolorami. Możemy stosować je także na mokro jako eyeliner. 
Trwałość bez bazy to ok. 5 h w niezmienionym stanie, potem zaczynają się rolować, z bazą wiadomo - odpowiednio dłużej ;) 
Sam cień ma naprawdę wielką gramaturę - 3.4 g, taki MAC np. to jedynie 1.5 g. Cena regularna to 41 zł, w promocji można upolować je za 21 zł. W Polsce ich oficjalnym sprzedawcą jest sieć Marionnaud, która często organizuje różne zniżki i promocje, więc warto polować :) 

Zajmijmy się teraz kolorami: 
  • All about Alex - oliwka opalizująca na beż, neutralna,
  • Jealous Jordana - szmaragdowa zieleń, na oku ciemniejsza niż w opakowaniu,
  • Mischievous Marissa - ceglasto-pomarańczowy odcień z lekko miedzianą opalizacją,
  • Risque Renee - ciemny granat z fioletowym podbiciem, które znika na oku dając poszarzały granat,
  • Sexy Stacey - metaliczny, ciemny grafit
I kilka zdjęć samych cieni +  swatche:
Jealous Jordana,  Risque Renee,  Sexy Stacey,  All about Alex ,  Mischievous Marissa   

Jealous Jordana,  Risque Renee,  Sexy Stacey,  All about Alex ,  Mischievous Marissa
I dokładniej: 






Miałyście przyjemność ich używać, czy też nie znacie w ogóle produktów marki theBalm? Ja sama mogę powiedzieć, że każdy z nich testowany przeze mnie do tej pory okazał się bardzo, bardzo dobrym produktem w jeszcze lepszej cenie, więc jeśli jeszcze nie zapoznałyście się z ofertą pędźcie do najbliższego Marionnaud i macajcie ;) 

Pozdrowienia
M.

poniedziałek, 17 września 2012

(Lakierowe) zdobycze part. 2

Cześć! 

Tym razem przychodzę do Was z zaplanowanym postem - resztą dobytku jaki udało mi się upolować dzięki: 

  • Kasi
  • Mai
  • wyprzedażom
  • sklepowi H&M ;)
  • i Allegro 
Część z tych lakierów jest używana, część nowa, ale każdy cieszy mnie tak samo :) A szczególnie flejksy z H&M - serdecznie je polecam wszystkim maniaczkom tego koloru i wykończenia :)

Ger-manicure, Bastille my Heart, Tickle My France-y ♥
Orly Pixie Stix, CG Hey Sailor, Zoya Valerie, H&M New Moon, Essence Gold  Fever, Modern Romance
Który z nich podoba Wam się najbardziej? Napiszcie w komentarzach a trafi do swatchowej poczekalni zaraz po tych wszystkich Essiakach, które już grzeją kolejkę ;) 

Pozdrawiam Was serdecznie i idę dalej jopić się na własne paznokcie ;) 
M. 

Manicure japoński - podejście pierwsze

Cześć! 

Ta notka zrodziła się właściwie sama z siebie. Dziś pierwszy raz od dawna poszłam do kosmetyczki na manicure z zamysłem, że poproszę tylko o odżywkę, żeby móc swobodnie swatchować lakiery po powrocie do domu :) W trakcie dałam się jednak przekonać na zabieg, który chciałam wypróbować od dawna - japoński manicure. 


Zacznę więc od krótkiego opisu samego mani (źródło):


Japoński manicure polega na wcieraniu energicznymi ruchami pasty w naturalną płytkę paznokciową oraz naniesieniu na nią warstwy pudru. Czas trwania zabiegu to około trzydziestu minut. Średnio co dwa-trzy tygodnie należy przeprowadzić uzupełnienie.
P.Shine to metoda, która wzmacnia nasze naturalne paznokcie nadając im połysk różowej perły. Ten unikatowy manicure nadaje paznokciom blask, a także zasila je w składniki naturalne (m.in. witaminy A + E), keratynę, pyłek pszczeli oraz krzemionkę z morza japońskiego. P.Shine to metoda zalecana na paznokcie kruche, łamliwe i rozdwajające się.




Moje paznokcie, jak już kiedyś Wam pisałam, mają lepsze i gorsze okresy. Aktualnie były dość długie, sporo wystające poza opuszek palca (ostatnie zdjęcie klik!), ale z widocznymi początkami rozdwajania na kilku palcach. Oprócz tego moja płytka z natury nigdy nie była gładka, błyszcząca i różowa, a końcówki nie był białe tylko w kolorze kości słoniowej ;) Owszem, była zdrowa i rosła szybko, ale nie była idealna i  dlatego też nie lubiłam chodzić w niepomalowanych paznokciach. Po dzisiejszym zabiegu to się chyba jednak zmieni :D 

Jak wygląda sam zabieg? Najpierw moje skórki zostały odsunięte i w niektórych miejscach wycięte, tak samo z błonkami nachodzącymi na płytkę. Potem paznokcie zostały spiłowane, tak by usunąć jakiekolwiek ślady rozdwajania, co nadal daje płytkę wystającą 1mm ponad opuszek ;) Następnie wierzch płytki został delikatnie starty co usunęło żółte zabarwienie (niezależnie od stosowanych baz i odżywek długotrwałe stosowanie lakierów zawsze powoduje u mnie zmęczenie płytki). Kolejnym krokiem był już właściwy mani japoński - aplikacja cudotwórczej ;) pasty i dokładne polerowanie płytki, które dało naprawdę lustrzany blask - coś niesamowitego, potem w lusterka wtarty został proszek utrwalający cały efekt. Na zakończenie w skórki został wtarty olejek a na całe dłonie zaaplikowany krem. Cena zabiegu to 35 zł, ale w większych miastach waha się między 40 a 60 zł 

Efekt jest bardziej niż rewelacyjny. Moje pazury wyglądają jak po frenczu, tylko bardziej naturalnie :D Końcówki po raz pierwszy w życiu są naturalnie białe a płytka błyszczy jak szalona (czego nie widać tak bardzo na zdjęciach). Efekt nie znika z umyciem rąk. Mam nadzieję, że kilkukrotne powtórzenie zabiegu da mi korzyści opisane powyżej.  

Zasadniczo minus jest tylko jeden - przez najbliższe 5-6 dni żadnych swatchy, bo płytkę mam tak gładką, że lakier spływa z niej na skórki :D Wybaczcie mi, proszę! ;)

Nie zrobiłam zdjęcia przed, wiec nie będziecie miały porównania jak wyglądała moja płytka, ale musicie uwierzyć na słowo, że nigdy nie miałam tak ładnych naturalnych paznokci. Po upływie tygodnia zrobię zdjęcia i wstawię je, żebyście zobaczyły jak efekt wygląda po wykonywaniu czynności dnia codziennego. 

A teraz mała sesja: 


I słowo komentarza: Nie jestem w żaden sposób związana z firmami produkującymi specyfiki do wykonywania tego zabiegu lub zakładem kosmetycznym w którym byłam, jestem po prostu zachwyconą klientką :D

Zdecydowałybyście się na taki zabieg? A może stale z niego korzystacie? Podzielcie się opinią, ewentualnymi uwagami - czekam :) 

Pozdrawiam
M. 

niedziela, 16 września 2012

(Lakierowe) zdobycze part 1. - Essie

Cześć! 

Wspomniałam ostatnio, że udało mi się upolować przez ostatni czas kilka lakierów Essie i dziś nadszedł dzień ich prezentacji/pochwalenia się ;) 

Większa część pochodzi z superpharm'owej promocji, ale jest i egzemplarz z wymiany z przemiłą Krzyklą, jest i pochodzący z Allegro, więc pełna dowolność.

Bez zbędnego gadania przejdźmy zatem do części gdzie lakieromaniaczki pasą oczy a reszta świata puka się w głowę ;) 

Blanc, Fiji, Tart Deco, Peach Daiquiri, Jag-u-are
Eternal Optimist, Lady Like, Island Hoping, Merino Cool, Decadent Dish

Blanc, Fiji, Tart Deco, Peach Daiquiri, Jag-u-are

Eternal Optimist, Lady Like, Island Hoping, Merino Cool, Decadent Dish

Reszta nabytków jutro ;) 

Tak więc którego Essiaka chcecie zobaczyć jako pierwszego? :) Dajcie znać! 

Pozdrawiam Was
M. 

czwartek, 13 września 2012

MAC - Soirée czyli dzień dobry wieczór ;)

Cześć!

Pojawiam się i znikam, i znikam... To moje motto przez ostatnie dni (tygodnie?). Niestety, powinnam dopisać, bo brak blogosfery bardzo mi doskwiera. Wracam więc z doskoku co jakiś czas i dzisiaj w ramach (prawie) wolnego dnia postanowiłam opublikować małe co nieco :) 

Będzie o lakierze. Nietypowym jak na moje przyzwyczajenia, bo miedzianym o wykończeniu foil :) 

MAC przygotował na jesień tego roku rozszerzenie standardowej kolekcji lakierów do 31 kolorów, przedstawionych poniżej:  

Rząd 1: 
Overlacquer, 
Faint of Heart Delicate Pale, Skin LightQuiet Time, Snob, Saint Germain 
Rząd 2: Fiestaware, Impassioned, Morange, Steamy Bright, Girl About TownShirelle Classic, Flaming Rose, Coffee Break Rząd 3: Spirit of Truth, Deep Sea, Rougemarie, Vintage Vamp, Dark Angel, Nocturnelle, Discothéque, Screaming Bright  
Rząd 4: Soirée, Girl Trouble, Mean & Green, Anti-Fashion, Formidable, Midnight Tryst, Nightfall, Sparks On Screen
W moim kuferku znalazł się kolor Soirée (fr. wieczór), pochodzi on jednak z kolekcji Cham Pale wypuszczonej w styczniu 2011 roku. Dlatego też nie umiem Wam powiedzieć czy różni się on od obecnej wersji kryjącej się pod tą nazwą, ale sadząc po swatchach, są takie same. 
Lakier jest bardziej miedziany na żywo :) 

Cały lakier składa się z trzech kolorów drobinek - kolorem bazowym są miedziane, ale z brązowym podtonem. Do nich dodane zostały srebrne w dużej ilości i jasnozłote w zdecydowanie mniejszej. Na paznokciu kompozycja ta tworzy efekt folii, niesamowicie połyskującej w sztucznym świetle. Lakier nie daje jednak "wodniście" błyszczącej tafli.
Nakłada się bardzo gładko i właściwie przy uważnym nakładaniu jedna warstwa jest wystarczająca do uzyskania pełnego krycia. Pędzelek jest przecięty, raczej większy i całkiem wygodny. Jego ślady są trochę widoczne, ale nie tak bardzo jak przy złotych lakierach (vide Chanel lub H&M).
Trwałość to spokojnie 4 pełne dni, bo zdarzyło mi się go testować w warunkach nieco spartańskich i wytrzymał bez zająknięcia ;) Dopiero 5 dnia pojawiły się lekko starte końcówki.
Schnie bardzo szybko, po 10 minutach można mieć pewność, że nic się nie zarysuje i nie odbije. 
I teraz kwestia dyskusyjna czyli cena - Obssesion podawała dokładną na swoim blogu co rozpoczęło debatę na temat lakierów MAC i kwestii cena vs. jakość ;) ale ile dobrze pamiętam ja kupowałam go dobrze ponad roku temu i kosztował nieco mniej ;)

Anyway, moim zdaniem MAC nie wypuszcza aż tak nietypowych kolorów, by były wartymi obecnej ceny. Soirée jest lakierem wysokiej jakości, co nie zmienia faktu, że już np. taki limitowany Rain of Flowers jest do bani, i z opinii krążących po internecie wynika, że stara wersja tych lakierów również była do kitu. Nowej nie znam, więc się nie wypowiem ;) 

Zdjęcia time! ;) 

Udało mi się dość  wiernie oddać kolor, namiot bezcieniowy działa bez pudła :D







Lubicie lakiery o wykończeniu typu foil? Podzielcie się swoją opinią :)

Pozdrawiam Was serdecznie i do następnego ;)
M. 

PS. Kto jeszcze nie skorzystał z promocji -25% na wszystkie lakiery w SP (jest ktoś taki w ogóle?:D) to polecam obejrzeć ofertę - ja wzbogaciłam się o 2 Essiaki i prawdopodobnie nie ostatnie ;) 

piątek, 7 września 2012

Dupe or not? Granat w natarciu :)

Cześć! 


Powoli zaczynam wracać do blogosfery, choć nadal nie jestem w stanie robić tego w takim wymiarze, w jakim bym chciała :) 

Żebyście tak całkowicie o mnie nie zapomniały ;) na dziś przygotowałam szybkie porównanie dwóch granatów w przyzwoitych cenach - Essence Hard to Resist (recenzja KLIK!) i Q - Intrygo Indygo 


Kupując Q nie pamiętałam o essencowym nabytku i w trakcie drogi ze sklepu doznałam olśnienia - Masz już przecież taki granat - wracałam wiec do domu z myślą, że mam właśnie w torebce kopię Hard to Resist i jestem uboższa o 11zł.


Jak widać jednak pamieć bywa zawodna i lubi płatać figle ;) 
Już pierwszy rzut oka na buteleczki mówi, że nie są identyczne, E. ma zdecydowanie większe drobiny, które są turkusowo - morskie, nadają mu delikatnego poblasku zieleni. W Q natomiast shimmer jest bardzo, bardzo drobny, kobaltowy z małym dodatkiem różu, nadając mu odcień atramentu. 

Na paznokciach, szczególnie w sztucznym oświetleniu widać tą wielowymiarowość Essence, Q wydaje się być bardziej jednolity, chłodniejszy i naprawdę mocno granatowy. 




Werdykt:

W tym przypadku na pierwszy rzut oka widać, że lakiery nie są identyczne, ale bardzo podobne. Drobiny są tutaj sprawcą ostatecznego koloru i to one powodują różnice w odcieniu. Jeśli nie jesteście maniaczkami granatowych lakierów jedna z tych buteleczek z pewnością wystarczy :) Która? To już zależy od Was :)

Pozdrawiam
M. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...