poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowując 2012...

Cześć! 


Dzisiaj będzie krótko, mało kosmetycznie, ale za to bardzo serdecznie ;) 

...please, be good to me. 

Rok 2012 mogłabym podsumować krótko: zmiany, zakończenia, mnóstwo radości i trochę tylko mniej smutku. La Frambuesa dostała własne życie, niedługo będzie miała rok, skończyłam studia i otwarłam w życiu nowy etap, jednocześnie żegnając na zawsze jedną z najbliższych mi osób. Teraz czekam na 2013 z nadzieją, że nie będzie gorszy od poprzednika. Nigdy nie robiłam noworocznych postanowień, w tym roku inaczej nie będzie ;) Chociaż nie, przepraszam - wyleczyć cerę do końca i doprowadzić zdrowie do ładu - to właściwie mój długofalowy plan, ale mogę go dopisać na konto 2013 ;) 


Tak więc uciekając do przygotowań przedimprezowych chciałabym Wam życzyć po prostu szczęścia w tym nadchodzącym roku. To pojęcie tak szerokie i uniwersalne, że każdy może dopasować je do własnych pragnień :)

A wszelkiego rodzaju kosmetyczne podsumowania, hity, kity etc.. będą oczywiście, ale dopiero w styczniu ;) 

Udanej zabawy lub też po prostu miłego wieczoru :)

Pozdrowienia
M. 

piątek, 28 grudnia 2012

Nie wszystko złoto... czyli Golden Rose Jolly Jewels 103

Cześć! 

Jolly Jewels jakiś czas temu zawojowały blogosferę - nic dziwnego, w końcu dawno nie widziałam tak udanej a zarazem nietypowej kolekcji ;) Moim łupem padły pokazywane już KLIK! trzy lakiery a dzisiaj, tak przedsylwestrowo pokażę złotko w akcji. Celowo zwlekałam z recenzją tak długo bo chciałam sobie wyrobić o nich zdanie, a na to potrzeba czasu i co najmniej kilku użyć ;) I jako, że wyrobiłam, co można przeczytać poniżej. 


103 to miks złotego drobnego brokatu, zielonych drobinek i plastrów miodu w odcieniu różowego złota. Całość jest dość gęsta i po dwóch warstwach praktycznie kryjąca - tutaj duży plus. Lakier nałożony solo nie wygląda nachalnie czy tandetnie, ale jak dla mnie to zbyt dużo dobra na co dzień ;) Nie mówię jednak stanowczego nie, może latem wypróbuję go w ten sposób ;) I to w sumie tyle z dobrych informacji o nim. Pędzelek jest mały, giętki i nabiera za mało lakieru na raz. Tak, dobrze widzicie, muszę się namachać dość mocno, żeby pokryć płytkę równo i całkowicie. Schnie wolno - jeśli jedna warstwa nałożona na gołe paznokcie po 30 minutach jest nadal miękka, to raczej nie jest to dobry wynik, dlatego też radzę mieć porządny wysuszacz pod ręką. Dodatkowo wykonany nim mani jest paskudnie nietrwały - po jednym dniu miałam spore odpryski, niezależnie w jakiej kombinacji go stosowałam. Cena jak na lakiery GR jest dość wysoka - 12.90 zł za opakowanie. 
Zmywam go na folię, ale ostatnio testowałam essencowy wynalazek - bazę peel off, która nieco ułatwia życie, jednak folia wciąż jest skuteczniejsza :) 

Wszystkie zdjęcia robione wewnątrz, bez lampy. 
Najpierw na białym, cielistym i czarnym lakierze, potem solo - dwie warstwy. 








Efekt jest naprawdę fajny i cieszę się, że mam go w swojej kolekcji, ale jakościowo nadal wymaga dopracowania. A jakie jest Wasze zdanie na jego temat? 

EDIT 31.12.2012

W mocnym świetle słonecznym (i halogenowym też) dwie warstwy (solo) wyglądają obłędnie <3 Dla takiego efektu jestem mu w stanie wybaczyć wszelkie niedogodności :)

Pozdrowienia
M. 

środa, 26 grudnia 2012

Poświątecznie - prezentowo :)

Cześć! 

W blogosferze nastrój świąteczny panuje nadal, posty pokazujące mixy zdjęć i prezenty cieszą się popularnością, więc i u mnie mała fotka świątecznych zdobyczy :) Tym razem jest pielęgnacyjnie,  bo tych  rzeczy chciałam od dawna a skoro miałam możliwość wybrania sobie prezentu, to czemu nie? :) 


To moje pierwsze spotkanie z firmą Organique :) Glinka do twarzy to mój niezbędnik, zawsze mam jakąś na podorędziu - Ghassoul w czystej postaci jeszcze nie miałam i mam nadzieję, że efekty będą pozytywne.

Zestaw Kessa (rękawica - na zdjęciu to ten bordowy kawałek w tle) + Savon Noir to duet do zdzierania naskórka ze wszelkich możliwych powierzchni. Swoje ciało ostrą gąbką (syrenką antycell.) maltretuję dwa razy dziennie od dawna, ale nadal mam problemy z wrastającymi włoskami na nogach i krostkami, szczególnie na tyle ud. Mam nadzieję, że szeroko chwalona rękawica da radę wszelkim nierównościom mojej skóry a w duecie z czarnym mydłem zrobi och i ach ;) Oczywiście będę regularnie donosić o efektach :) 
Samo mydło natomiast przeszło już pierwsze testy twarzowe i trzeba powiedzieć z dużą ostrożnością, że zapowiada się na hit przez duże H. Nałożone na 5 minut na umytą delikatnym żelem skórę genialnie załagodziło wszelkie zaczerwienienia i uspokoiło skórę. Zobaczymy jak spisze się stosowanie regularnie i w maseczce z glinką i olejkiem migdałowym, który został kupiony do tegoż celu + do nakładania na włosy.  

Dodatkowo moja garderoba została uzupełniona o taką sukienkę KLIK, do której wzdychałam od dłuższego już czasu, a która we wrocławskim NL była nieobecna. Zadziałała magia Świąt, i proszę :D Niespodzianka ;) 

A Wy? Co znalazłyście pod choinką? Mikołaj odwiedził drogerię/perfumerię czy też przyniósł coś zupełnie innego? :) Chętnie poczytam o Waszych prezentach. 

Pozdrowienia
M. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Nieoryginalne życzenia świąteczne ;)

Na większości blogów dzisiejsze posty są życzeniowo-świąteczne. Nie będzie inaczej i u mnie :) 

Moje ulubione Czytelniczki! 
W te nadchodzące Święta chciałabym życzyć Wam spokoju, radości i szczęścia. Niech rodzina nie będzie zbyt dociekliwa ;) (a kiedy weźmiecie ślub, a kiedy dzieci...), zwierzaki przemówią ludzkim głosem i powiedzą to co chciałybyście usłyszeć, a pod choinką znajdą się najpiękniejsze prezenty, kosmetyki, perfumy, Pandory, lub też inne rzeczy których pragniecie:)
No i żeby po Świętach waga nie skoczyła za bardzo :P 

Tego wszystkiego i jeszcze więcej życzy Wam

Wasza Mary Christmas :* 

A w gratisie mój świąteczny mani - jak mówiłam poszłam w Szanela - Diwali & Malice w akcji na poniższym zdjęciu, które wygląda jak robione tosterem, ale zaręczam, że nie jest ;) 

Świąteczną ramkę zrobiłam :D A co! 
 
To jeszcze raz Wesołych i znikam ;) 
M. 

niedziela, 23 grudnia 2012

Świątecznie - zakupowo, czyli post o wszystkim :)

Cześć!

Ho, ho ho! 

Jak to zwykle bywa przychodzi w roku czas kiedy nawet największe lenie (moi ;)) zabierają się za czynności  nieodłącznie ze Świętami związane, czyli porządki, zakupy, gotowanie, prezenty etc... Tak było i tym razem, czym tłumaczę swoją blogową nieobecność w ostatnich dniach. Na dowód tego, że nie próżnowałam załączam zdjęcia :) 

Perfekcyjna Pani Domu to ze mnie raczej nie będzie, ale pieczenie i ozdabianie zawsze sprawia mi przyjemność :) To co widzicie na poniższym zdjęciu zostało pożarte w piątek przez tłum wygłodniałych kobiet. No dobra, może nie tłum i nie wygłodniałych, ale pewne jest, że wszystko poszło i to w szybkim tempie :D 
Czekolada, skórka pomarańczowa, żurawina i przyprawy korzenne... Mniam :D 
A w ramach zakupów przedświątecznych i dzięki Kasi, która ma najlepszy w mieście towar :P wpadło do koszyka kilka smakołyków: 

Catrice LE SpectaculART - 02 Reveal the red i 03 Soulful
Wbrew nazwie to nie szminka, tylko kolorowy balsam do ust. Obie dają na ustach róż, transparentny mokry połysk i całkiem przyzwoitą dawkę nawilżenia. Must-have? Niekoniecznie. 

L'oreal le coeleur infailible - 037 Metallic Lilac
Maybelline Color Tatoo - 35 On and on Bronze 

Dorwałam Lilac'a i to w promocji w SP :D Zobaczymy czy spisze się tak dobrze jak jego czekoladowy brat, który jednak jest dla mnie ciut za ciepły i myślę powoli nad puszczeniem go w świat...
Maybelline'owe to nabytek jeszcze z rossmannowej promocji, ale dotarł do mnie dopiero teraz. Uniwersalny brąz, idealny na co dzień.  

Red-y Set Ex, Plumberry, Good to go!

Yep, mam nowe Essie. I czuję się trochę oszukana przy Red-y set ex, który miał być poszarzałą maliną wedle tegoż swatcha, a okazał się bliskim kuzynem Ole Caliente. Ładny jest, ale nie tego chciałam :/ 
Ktoś zna lakier, który da efekt taki jak na zdjęciu? 
Plumberry jest po prostu przyjemny - ciemny róż z ledwo widocznym srebrno-różowym shimmerem. Klasyczny. 
Wstawili do mojego Hebe szafę z Essiakami. Wszystko jest poukładane wg. oznaczeń, czyste, niewymacane, rewelacja po prostu. GTG tańszy niż w SP +  skończył mi się wysuszacz, więc wzięłam, żeby się przekonać czy to rzeczywiście takie cudo ;) 

Świąteczny mani będzie jutro, bo zostało mi jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, a szkoda mi pazurów niszczyć. W tym roku stwierdziłam, że pójdę w Chanela. A co! :D 

Pozdrawiam Was serdecznie, światecznie i niedzielnie

Mary Christmas ;) 

niedziela, 16 grudnia 2012

Vipera Belcanto - brokatowy topper 129 Oofy Whisk - duuuużo zdjęć

Cześć! 

Wieczór nadszedł więc mamy rozwiązanie zagadki - część z Was odgadła prawidło, Paramore i tak wiedziała, chociaż nie powiedziała :P a jak słusznie zauważyła MuStories Jolly Jewels numero 103 ma różowe (i zielone) drobiny, więc rozwiązanie jest jedno - Vipera Belcanto Oofy Whisk jest dzisiejszą gwiazdą :) 

Zatem od czego by tu zacząć? Może od zdjęć buteleczki, tak na zachętę :)






W płaskiej buteleczce mamy złote hexysrebrny glitter, zawieszone w przezroczystej bazie. Odcień złota nie jest zbyt ciepły i żółty, to raczej lekko pożółkłe białe złoto, przez co nie ma zbyt dużego kontrastu pomiędzy temperaturą drobinek, aczkolwiek na paznokciu różnicę widać i to chyba klucz całego efektu wow! Lakier jest dość gęsto napakowany brokatem, ale nadal jest to topper, nie pokrywa paznokcia taką warstwą jak wspomniany JJ 103. Błyskotki rozkładają się równomiernie i gładko, ale przy końcówkach paznokci dobrze jest spiłować wystające kawałeczki, żeby nie haczyły o ubrania lub cokolwiek innego (jeśli wiecie co mam na myśli). Do pełnego krycia potrzeba 4 warstw, i wtedy mamy coś na podobieństwo lakierów Milani (Obssesion, czy to Ty miałaś te złote hexy?). 
Schnie zaskakująco szybko, bo obawiałam się glutowatej konsystencji i wszelkich niedogodności z tego wynikających a tu proszę, 20 minut i miałam cały mani od podstaw gotowy - 1 warstwa czarnego + 2 warstwy Belcanto.
Dla uzyskania lepszego efektu lepiej doprawić to wszystko jeszcze Seche, albo czymś podobnym, wtedy powierzchnia paznokcia będzie idealnie gładka a blask jeszcze wyraźniejszy. 

Co mnie w nim już zdążyło zdenerwować? Trzonek pędzelka jest bardzo długi i lakier spływa po nim już w trakcie malowania płytki, więc lepiej go nieco wcześniej obetrzeć niż potem mieć zalane płytki :) Druga rzecz to nietrwałość napisów na etykiecie. Ja rozumiem wszystko, ale tego użyłam raz i nadruk został na moich palcach. Serio Vipero? Nie da się czegoś trwalszego zrobić? 

Efekt jednak wynagradza wszystko <3 Być może to kombinacja czarnego lakieru i brokatu, ale paznokcie przypominają mi nocne niebo usiane gwiazdami, dodatkowo hexy odbijają światło jak małe lustereczka wysyłając błyski w każdym kierunku. Coś pięknego! :) 
I zapewne istnieją gdzieś (czyt. na wyższej półce ;)) lakiery które dają podobny efekt (chyba jakiś Essiak), ale ten jest idealny w swej prostocie i nie potrzebuję innego. Szczególnie, że kosztował 10 zł :D 

Jedna warstwa, bez flesza i z fleszem + jeden pazur w powiększeniu:






I dwie warstwy, jw. 






Noooo to wsio! Pytajcie o co chcecie, a czego nie napisałam, piszcie swoje zdanie w komentarzach, tymczasem ja udaję się oglądać mecz SKRA kontra Reprezentacja Polski (chyba już nie jest tajemnicą, że jestem fanką siatkówki) :D 

Pozdrowienia & i dziękuję, że przebrnęłyście przez tyle zdjęć :)  

PS. Ktoś mi może powiedzieć, czy Ooofy Whisk coś znaczy, czy to nazwa własna? 

A już dziś wieczorem...

Myślę, że to nie będzie trudna zagadka, szczególnie dla moich stałych Czytelniczek ;) Powiem tylko, że jestem zachwycona efektem i Wy pewnie też będziecie - o ile ktoś lubi świecidełka :) 

piątek, 14 grudnia 2012

Piątkowe nabytki lakierowe :)

Cześć! 

Słowo się rzekło, cieni nie będzie ;) Będą za to zakupy, które popełniłam dzisiaj w ramach nagrody na dzielne znoszenie bólu na fotelu dentystycznym ;) No dobra, żartuję, po prostu miałam trochę czasu i grosza przy sobie - jak rzadko kiedy ostatnio. 

Tak się prezentuje cała gromadka - poszłam w złotko jak widać :D 

Od lewej występują: 
  • Venita Glamour nr 21 - złoty brokat, jakich wiele zapewne, ale ten jest wyjątkowo porządnie napakowany drobinkami i ładnie się rozprowadza po paznokciu - bez prześwitów i innych problemów. Zasycha z nieco chropowatą powierzchnią.
  • Vipera Belcanto 129 Oofy Whisk - z nowej kolekcji KLIK! nr 125 - 136.  Srebrny brokat wymieszany ze złotymi hexami, czyli wzbogacona wersja JJ 102 ;) 
  • Wibo Glamour Nails nr 2 (beż) i 4 (zieleń) - tak wiem, mam zapłon ;) Reszta blogosfery już dawno opisała każdy z tych kolorów wzdłuż i wszerz, a mnie dopiero teraz się uznało je kupić. No cóż, mogę powiedzieć, że to całkiem ładne glassflecki, szczególnie dwójeczka :) 
Macie któryś z nich? Chciałybyście zobaczyć któregoś z nich w akcji? Dajcie znać! 

Pozdrowienia
M. 

wtorek, 11 grudnia 2012

Catrice Made to Stay 070 Mauvie Star, czyli o kremowych cieniach raz jeszcze :)

Cześć! 

Pozostając w temacie, dzisiaj kilka słów o cieniu Catrice, który różni się dość znacznie od swojego poprzednika. 
Kupiłam go właściwie przypadkiem, nie czytając wcześniej żadnych opinii, bo zauroczył mnie kolor - mieszanka fioletu, szarości i brązu (dokładnie w tej kolejności) z milionem srebrnych drobinek - Mauvie Star po prostu ;) Dodatek srebrnych drobin rozjaśnia go dość mocno, więc na powiecie nie jest tak intensywny jak w opakowaniu. Produkt zamknięty jest w ciężkim, szklanym słoiczku z naklejką na wieczku w kolorze cienia. 


Konsystencja jest bardzo tłusta, maślana. Narzędzie nabierające ;) ślizga się po powierzchni cienia, który lubi się zrolować zamiast porządnie nabrać - trochę jak kolorowe eyelinery Essence. Na powiece możemy nim uzyskać efekt od metalicznego do lekkiej drobinkowej mgiełki - wszystko zależy od ilości produktu i sposobu nałożenia. Jeśli jednak go rozcieramy musimy się liczyć z tym, że drobiny będą dużo bardziej widoczne niż kolor bazowy, który przez fiolet potrafi dać efekt chorego, podbitego oka. Najczęściej wklepuję go palcem bądź małym, płaskim pędzelkiem, miejsce przy miejscu co daje jednolity kolor i piękny połysk. Nie należy jednak przesadzić z ilością, bo utworzy na powiece płatki, które paskudnie odznaczają się na tle reszty powieki, a że schnie szybko i zastyga na mur beton, trudno jest to rozetrzeć. Trwałość na bazie to ok. 5 - 6 godzin, potem nieco się roluje, więc nie zachwyca :/ Nie testowałam solo, ale podejrzewam, że z racji konsystencji będzie złaził dość szybko, chyba, że utrwali się go cieniem pudrowym (np. Inglotem 420, który idealnie pasuje :)) 


Za cenę ok. 15 zł dostajemy 5 g cienia, dla porównania L'oreal ma tylko 3.5 g. 
Catrice w ofercie ma kilka podstawowych kolorów tego cienia , typu beż, szarość czy oliwka, ale raczej nie skuszę się na kolejny. Mimo dobrej ceny, jakość nie jest rewelacyjna a i efekt nie do końca mi odpowiada, zbyt metaliczny jak na mój gust, więc pewnie potulnie wrócę do L'oreala i Chanel. Gdybym miała oceniać go w skali szkolnej dostałby 4-, głównie za kolor :) 

Na powiece widać więcej fioletu niż brązu (zdjęcia słoiczka). Swatche robione w świetle dziennym, wewnątrz. Słońce wyciąga z niego shimmer, lampa błyskowa też, ale nie udało mi się cyknąć porządnej fotki z nią, więc zostawiam Was z powyższym ;) 

Nie jest to produkt zły, po prostu nie do końca do mnie trafia. Jeśli natomiast lubicie taki efekt na oku, przetestujcie go w drogerii - ma dobrą cenę, z wydajnością też nie najgorzej a kolory są ciekawe :) 

Obiecuję, że jutro już nie będzie cieni ;) 

Pozdrowienia
M. 

poniedziałek, 10 grudnia 2012

L'Oreal Infaillible 012 Endless Chocolat, czyli słodkości bez kalorii ;)

Cześć! 

Zima za oknem nie odpuszcza, a ja jako człowiek ciepłolubny, w takie wieczory lubię usiąść pod kocem z kubkiem czegoś ciepłego, najlepiej czekolady/kakao z pianką:) Takiej rozpusty dokonuję jednak raz na rok, na co dzień wybieram zdecydowanie lepszą dla moich bioder zieloną herbatę, a słodkości zastępuję perfumami lub innymi kosmetykami. Tak też jest w przypadku dzisiejszego bohatera - kremowego cienia firmy L'oreal o uroczej nazwie Endless Chocolat


W plastikowym opakowaniu o kwadratowej podstawie zamknięto cień w kolorze ciepłej czekolady z mnóstwem złotych drobinek, które na powiece dają efekt rozświetlenia, ale same nie są zbyt wyraźnie widoczne. Nie jest to jednak satyna raczej coś co producent określił całkiem trafnie zresztą, iskierkowatością ;) Efekt absolutnie nie tandetny, bardzo elegancki  Pigmentacja jest naprawdę dobra, to co zobaczycie na zdjęciach to po prostu dotknięcie cienia i wklepanie go w rękę. Żadnych prześwitów, rozmazywania się. Planuję go używać również jako eyeliner, bo ma wszelkie zadatki by sprawdzić się w tej roli.
Cienie kremowe jako gatunek to jedne z moich ulubieńców, pod warunkiem, że są odpowiednio mokre.  Ten przyjemniaczek to spełnienie moich wszystkich cienio-kremowych marzeń. Jego konsystencja przypomina sprasowaną piankę, która nie kruszy się podczas nabierania (jak w przypadku cieni Chanel, które po kilku miesiącach nieco podeschły i już nie są tak fajne jak na początku), w opakowaniu dociśnięty jest  plastikową pokrywką (vide zdjęcie). 
Trwałość? Nie mogłam go zmyć z ręki szczoteczką i płynem do naczyń  - tyle w tym temacie :D 24 godziny to z pewnością nie będą, ale na bazie jest nie do zdarcia, a solo wytrzymał na moich tłustych powiekach 7 godzin i tylko trochę zblaknął. Nakładam go płaskim, małym pędzelkiem - tak mi najwygodniej. 
Cena regularna to 36.79 zł, jak dla mnie to nieco zbyt dużo jak na L'oreal. Swój upolowałam na promocji w Rossmannie i dałam za niego ok. 22 zł, co uważam za cenę rozsądną. Na Allegro można spotkać go zdecydowanie taniej i tam też zamierzam się zaopatrzyć w kolejne kolory, bo cień podbił moje serce:) 

Teraz poluję na kolor Metallic Lilac, którego nigdzie nie widziałam niestety, ale wiem, że w Polsce jest dostępny KLIK!, oprócz tego kusi mnie zieleń, fiolet i turkus. Nie mam pojęcia ile kolorów jest dostępnych w stałej ofercie, ale na pewno oprócz tych które już wypisałam jest też beż, róż i czerń:)  



Ze wszystkich cieni kremowo-piankowych jakie mam w swoim zbiorze (Catrice, Chanel, Essence, MAC) ten jest najlepszy jakościowo i spokojnie mogę go polecić jako pewniaka, nie tylko do dziennego makijażu.  Jestem bardzo zadowolona z zakupu, całkiem przypadkowego właściwie, bo za firmą L'oreal nie przepadam zbytnio a cień wpadł do koszyka z powodu mojej babskiej ciekawości;) Jeśli zaopatrzę się w kolejne kolory, nie omieszkam Was o tym poinformować;) 

Pozdrowienia
M. 

niedziela, 9 grudnia 2012

Ulubieńcy miesiąca - listopad

Cześć! 

Listopad już za nami od jakiegoś czasu, więc mogę spokojnie zaprezentować moich ulubieńców w tymże miesiącu. Nie ma tego dużo, bo w większości pokrywają się z październikowymi, może poza podkładem - Healthy Mix'ie zgiń! 
Tym razem jest kilka pielęgnacyjnych elementów. Ta trójka była używana przeze mnie właściwie nieustannie i  spokojnie mogę ocenić je na 5 ;) 
Makijażowo? Bez szału, raczej nudno, zresztą zobaczcie same: 

Odżywka do włosów z amarantusem Alverde - coś wspaniałego! Moje włosy po niej lepiej się kręcą i są niesamowicie miękkie i nawilżone. Nie obciąża, nie przetłuszcza i jest wydajna, co jest dla mnie dość ważne, bo w Polsce jest trudno dostępna (tak wiem, jest na Allegro ;)). Jeśli macie możliwość spróbowania - przetestujcie koniecznie :) 

Coś do ciała? Prosze bardzo :D Na strategiczne miejsca zamiast zwykłego balsamu używam ziajowego serum drenującego rebuild. Cellulitu nie zwalczy, ale przyjemnie wygładza, nawilża i ujędrnia skórę. Jeśli dodamy do tego codzienny masaż gąbką Syrena to gładka skóra murowana :) Skład ma bardzo przyjazny KLIK!, ekstrakty są wysoko, w przeciwieństwie do stosowanego przeze mnie do tej pory Eveline :) Jedyna wada to jego mała pojemność i raczej kiepska wydajność. Pachnie anyżkiem/lukrecją - uwielbiam :)

Balsam to ust, który przebił Carmex. Blistex Lip Relief Cream  to moje ostatnie odkrycie, które pomogło mi zapanować nad pękającymi wargami i resztkami opryszczki. Mała tubka z dziubkiem mieści zaskakująco dużo zawartości - nie chłodzi tak mocno jak Carmex i nie mrowi. Na zimę jak znalazł.

Cień który się pokruszył aka Delicate Hummingbird Rouge Bunny Rouge ;) Właściwie to używam tych okruszków, które się poniewierają po opakowaniu ;) Rewelacja do zielonych oczu, idealny na dzień, na wieczór wzmacniałam go ciemnym fioletem. 

MACowy duet twarzowy czyli MSF By Candlelight i róż Stunner. Dzienna dawka połysku i koloru dla bladej twarzy. BC to róż wymieszany ze złotem - trzeba dość lekkiej ręki do niego, bo inaczej świniak na twarzy gwarantowany ;) Stunner jest po prostu stunning - brzoskwinia, koral i róż z satynowym wykończeniem pasujący chyba do każdego odcienia cery, ładnie ożywia i nie jest przesadnie widoczny ;) 

Lakier to Essie (monotematyczna jestem, wiem ;)) After Sex - drobinkowe bordo z lekką domieszką czerwonego wina. Bardzo seksowny a zarazem elegancki kolor, który niestety barwi płytkę, więc konieczna jest baza pod spód. Zbierał dużo komplementów i pytań Co to takie ładne? ;) 

Jak widzicie wiele tego nie ma, ale to kosmetyki, które spokojnie mogę Wam polecić :) 

Pozdrawiam
M. 

sobota, 8 grudnia 2012

Swatche lakierowe wczorajszych zakupów - dla spragnionych zdjęć ;)

Dzień dobry! 

Nie wiem jak u Was, ale u mnie za oknem króluje przepiękna, pocztówkowa wręcz zima  Coś pięknego :)
A skoro słoneczko za oknem to i da się zrobić przyzwoite zdjęcia, tak więc cyknęłam na szybko pojedyncze swatche lakierów prezentowanych wczoraj + jednego nabytku wcześniejszego, również z firmy Pupa. Recenzje szczegółowe będą później ;) 
Przepraszam za suche skórki, zdjęcia je mocno podkreśliły. 

Enjoy! 
Pupa 410, Inglot 966, Pupa 811 i 619
Pupa 410 Eccentric Violet LE China Doll
Lakier z regularnej kolekcji, sprawdziłam dokładnie, to też część LE China Doll, lekko metaliczny blurple, nie tak niebieski jak na zdjęciu. Na paznokciu dwie warstwy. 

Inglot 966 Grey Collection
Nieco bardziej przykurzony niż na zdjęciu, przyjemny shimmerowy zieleniak, ale nie choinkowy. Widać ślady pędzelka, niestety. Przy pierwszym spotkaniu mam wrażenie, że to najlepszy lakier Inglota jakiego kiedykolwiek używałam :) Na paznokciu trzy warstwy. 

Pupa 811 Emerald Deco LE Deco
Whoa! Jeden z piękniejszych lakierów w mojej kolekcji. Zgniła zieleń wymieszana ze złotem i turkusowymi glassfleckami (?). Zasycha na gładko i zmywa się bezproblemowo. Koniecznie zwróćcie na niego uwagę! A ja zamierzam zaopatrzyć się w resztę lakierów z tej kolekcji. TUTAJ Cavvy pokazywała Copper z tej serii :) 
Na paznokciu dwie warstwy. 

Pupa 619 Deep Ruby LE China Doll 
Ostatnie pupowe maleństwo. Zdjęcia wiernie oddają kolor buteleczki i lakieru na paznokciu - naprawdę taka jest różnica :) Głęboki fiolet z purpurą i lekkim miedzianym poblaskiem. Podobny do Every Month is Oktoberfest OPI, ale nie są identyczne :) Przypomina mi też Diva of Geneva OPI, ale nie mam go, żeby porównać. Po prostu ładny, przyjemny w użytkowaniu lakier. 
Na paznokciu dwie warstwy. 

Do tej pory nie interesowałam się zbyt lakierami Pupy, ale czuję, że to się zmieni. Mają ciekawe kolory w ofercie, dużo limitowanek a jakość nie odbiega od standardów do jakich przyzwyczaiło mnie Essie i China Glaze. Trzeba będzie przyjrzeć im się bardziej ;) 

Pozdrawiam Was serdecznie
M. 

piątek, 7 grudnia 2012

O zakupach słów kilka...

No więc, tego, khem...

Na początek małe intro: 
Sprawa wygląda tak. Idziemy z Połówkiem na Sylwestra. Przebieranego. Mnie zachciało się być Poison Ivy, bo ruda, bo ładna, bo mam w domu bluszcz ;) Czego natomiast nie mam? Chyba Was trochę zdziwię, ale nie mam ładnej butelkowej zieleni w lakierowym zbiorze i od dawna marzę, żeby takową mieć. A, że jestem człowiek z gruntu niecierpliwy i nadażyła się dzisiaj okazja, to wstąpiłam do Inglota, żeby takową nabyć. Jak pokazuje poniższe zdjęcie nie należy mnie wpuszczać do Inglota. Do innych sklepów zresztą też nie. 
Inglot 966, Pupa 619 Deep Ruby (LE China Doll) i 811 Emerald Déco (LE Deco), Catrice Color Bomb (LE Revoltaire),
Inglot 407 i 153 (LE Noble)

PS. Mój ałtfit sylwestrowy zaczyna przybierać coraz wyraźniejsze kształty + zdobyłam lakier. Jest postęp ;) 
PS 2. Wszelkie makijażowe wskazówki co do wyglądu ww. bohaterki chętnie przyjmę bo jak na razie mam w głowie zbyt wiele koncepcji :P 

Tak, wiem. Jeden lakier miał być. Jeden... 

Pozdrowienia ze śnieżnej krainy
M. 

środa, 5 grudnia 2012

Essie - Skirting the Issue, czyli jak uniknąć prawdy na zdjęciu promocyjnym ;)

Cześć! 

Temat lakierów Essie na tym blogu przewijał się już pierdyliard razy a dzisiaj nie będzie inaczej ;) Tym razem na monitorach gościcie odcień z limitowanej kolekcji Stylenomics na jesień 2012, która to na wielu blogach opisywana była już kilka miesięcy temu, a ja dopiero teraz dorwałam się do niej stacjonarnie. Wynikiem owego dorwania się jest buteleczka o wdzięcznej nazwie Skirting the issue, która na zdjęciach promujących  kolekcję wyglada nieco inaczej niż w rzeczywistości, vide zdjęcie poniżej ;) 


I tak z odcienia jagody pomieszanej z burakiem (interpretacja autorki tegoż tekstu ;)) doszliśmy do winnego bordo ;) To podobno najmodniejszy kolor jesieni 2012, obwołany nowym czarnym i odkryciem sezonu co oczywiście jest odtrąbione we wszelkiej prasie modowej i co niezmiernie mnie śmieszy, bo jesienią 2011  sklepy były zalane dokładnie tym samym kolorem ;) No, ale może bordo '12 różni się od '11 o pół tonu a ja jestem modową ignorantką ;)
STI jest nieco żelkowy, ale dwie warstwy wystarczą do krycia. Trzecia warstwa pogłębia kolor i nieznacznie go przyciemnia (tyle mam na zdjęciach). Sam z siebie ma ładny, wodny połysk. Szeroki pędzelek wzorowo rozprowadza lakier po płytce, nic się nie rozlewa i nie brudzi wszystkiego dookoła. Schnięcie w normie, na trzy warstwy potrzebowałam ok. 20 min, nic nie bąbelkuje. Lakier nie barwi płytki i nie robi problemów przy zmywaniu. 

W niedługim czasie planuję zaopatrzyć się w essiaka Bordeaux, który w buteleczce był bardzo podobny, a mam nadzieję, że nie okaże się dupe'em, co jak wiemy zdarzyło się już tej firmie KLIK!.

A tymczasem... zdjęcia! 
Trochę za bardzo brązowo wyszedł na nich, w rzeczywistości ma więcej winnej czerwieni w sobie. 
z fleszem 

I jak Wam się podoba? Dla mnie to chyba najbardziej udany kolor z całej, rozczarowującej dość, kolekcji :) 

Pozdrawiam Was prawie-mikołajkowo ;) 
M. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...