środa, 30 stycznia 2013

My precious Chanel ♥

Dzień dobry po raz drugi w tym pięknym dniu ;) 

Będzie tylko jedno, ale jakże wymowne zdjęcie ;) Miło jest po ponad roku polowania trafić na kosmetyk z własnej chciejolisty na wyprzedaży :) A wszystko zaczęło się od tego posta...


PS. Wiosenna kolekcja tej firmy jest po prostu osom ;) Szminka i quad szczególnie! 

M. 

Promocja na lakiery Essie w Superpharm!

Wejdzie sobie człowieka na fejsa z rana a tu taka miła wiadomość ;) 


Wiem, że wśród moich Czytelniczek jest dużo Essie-maniaczek (Karotko, pozdrowienia ;)) a przecież mogłyście jeszcze tego nie widzieć ;) Promocja trwa od jutra, tj. 31.01 do 13.02. Przeliczając na cenę pojedynczej buteleczki wychodzi za nią 23,33 zł czyli całkiem przyzwoita kwota :) No ale trzeba kupić trzy naraz i wyłożyć 69.99 zł ;) 

Ja się skuszę na pewno a Wy? :>

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mani(ac) Monday, czyli poniedziałkowy post paznokciowy :)

Cześć! 

Nie są to swatche Orlików, ale manicure jaki noszę już właściwie od czwartku z lekką korektą. Jak lekką? Ano z siedmiu paznokci lakier zlazł całym płatem, lepiej niż po bazie peel off ;)
Także tutaj dobra rada cioci Marysi: Nie kłaść odżywki diamentowej Eveline jako bazy, jeśli planujecie jakiekolwiek moczenie dłoni w wodzie typu wieczorny prysznic! ;)

Ale po kolei, gdyż to historia warta opisania... Czwartkowy wieczór poświęciłam na porządny mani, z żelem do skórek i polerowaniem płytki włącznie. Płytka została wygładzona i odtłuszczona, świeciła się jak psu jaja, skórki usunięte, więc można było malować. Nałożyłam jedną warstwę odżywki jako bazę i poczekałam dobre 2 godziny, żeby była sucha kompletnie, w międzyczasie zajmując się jakże twórczym oglądaniem Criminal Minds i Revenge ;) Na to poszły dwie cienkie warstwy beżowo-różowego Sesame Joko, a na palcach serdecznych wylądował JJ 103. Całość utrwaliłam Essie Good to Go i poczekałam aż wyschnie na kamień, kolejne 2 godziny.
Wzięłam szybki prysznic wieczorny, po którym ręce miałam suche jak pieprz więc nałożyłam trochę kremu, bawełniane rękawiczki, coby klawiatury nie uświnić i zasiadłam do obrabiania zdjęć. Po 30 minutach zdjęłam rękawiczki i tu niespodzianka + lekki mindfuck: na palcu serdecznym prawej dłoni nie ma lakieru... przecież jeszcze kilka chwil temu miałam kompletny mani, przerażenie w oczach, bo przecież sam z siebie nie wyparował... Tips znalazł się w środku rękawiczki - lakier zlazł w jednym kawałku niczym naklejka ^^ Pomalowałam od nowa, bez bazy i poszłam spać. Do piątku wieczór straciłam kolejne 6 naklejek, co zmusiło mnie do zrobienia praktycznie całego mani od nowa, ale już bez tej cholernej bazy. I niezmienionym prawie stanie trzyma się do teraz, mimo częstego kremowania rąk.
Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego i nie wiem czy to kombinacja odżywki + lakieru + topu dała taki efekt, czy co innego, ale była to jedna z mniej miłych niespodzianek w moim kosmetycznym życiu ;) 

Jesteście nadal ze mną? ;) Jeśli tak to nadszedł czas zdjęć:

Światło dzienne, rozproszone
Światło dzienne, rozproszone
Flesz
Zestawienie zerżnięte żywcem od Atqi (KLIK!), ale za to jakie fajne ;) JJ bardzo ładnie wyglądał w wieczornych światełkach w pubie, a na dzień nie był zbyt krzykliwy. Coraz bardziej zaczynam go lubić :)

A jak Wam się widzi taka lekko podkręcona klasyka? Fajne czy zbyt nudne i zachowawcze? :)

Pozdrawiam
M.

TK Maxxx I love U part. 2 ;)

Cześć! 

Na podsumowanie mojego weekendu mogę powiedzieć tylko, że rozstania są do bani, ale powroty potrafią wynagrodzić wszystko ;)

A skoro już o powrotach mowa, to wracając wczoraj wieczorem zahaczyłam o TK Maxxx, z nadzieją, że może dołożyli inne rozmiary mojego cuda (KLIK), ale spotkał mnie srogi zawód. Cóż najwidoczniej nie jest mi pisana... Niemniej jednak skierowałam swoje kroki do stoiska kosmetycznego, żeby zobaczyć, czy może pojawiły się nowe trójpaki Essie, ale zobaczyłam tam coś lepszego - ORLY w zestawach po 3 pełnowymiarowe + kosmetyczka i kilka setów miniaturek. Po zobaczeniu tego charakterystycznego O od razu w głowie zapaliła się lampka SMOLDER. No i był, mini co prawda, ale przecież zawsze można dokupić dużą wersję ;) Tak więc stałam się posiadaczką 4 miniaturek z kolekcji Fired Up, ale podejrzewam, że wrócę tam już niedługo porządnie przyjrzeć się pozostałym zestawom ;)

A tak prezentują się na zdjęciach:

 
Lakiery mają pojemność 5.3 ml i pędzelek bardzo przyzwoitej wielkości. W zestawie oprócz Smoldera mamy też ciepłe, żółte złoto - Flare, metaliczną miedź - Flicker i czekoladowy, kremowy brąz - Rapture. Testy w najbliższej przyszłości. 

Macie jakieś życzenia co do kolejności ?:)

Miłego dnia!
M.

niedziela, 27 stycznia 2013

Co może znaleźć w H&M cieniomaniaczka...? ;)

Cześć!

Porannie - mały spojler - za jakiś czas pojawią się swatche moich ostatnich nabytków - dwóch palet H&M, które nabyłam skuszona przez Diggerową tym oto postem KLIK! Na razie tylko trochę pokuszę Was zdjęciami ;) 

Rację miała Digga pisząc, że wersja Nude jest niewidoczna, a jednak robi to coś z okiem ;) 

Smoky w wersji fioletowej (cóż innego mogłabym wybrać;)):
W moim H&M dostępne było 5 wersji tych paletek: Nude i cztery Smoki - brązowe, fioletowej, granatowe i szare, każda po 19.90 zł. Jeśli ktoś czuje się skuszony już teraz, radzę pędzić do cHaMów, bo nie należą do najświeższej oferty i istnieje szansa, że ktoś już je nam wykupił ;) 

Pozdrowienia
M.

PS. Post ten opublikowany jest automatycznie. Na wszelkie komentarze odpowiem po powrocie, czyli już dzisiaj wieczorem :)

sobota, 26 stycznia 2013

Red, red wine..., czyli OPI - Malaga wine

Cześć!

Dzisiaj dla odmiany o mojej mniej lubianej marce lakierowej OPI, ale za to o przepięknej, winnej czerwieni.
Malaga Wine wpadła mi w oko dobrze ponad rok temu podczas któregoś pobytu w Douglasie. Krążyłam wokół niej kilka tygodni zastanawiając się czy warto, ale raz, że kolor przepiękny, dwa, że nazwa (patrz zakładka O mnie) a trzy, że nadarzyła się okazja (kupon zniżkowy) i tak oto winko wylądowało w koszyku. I jak to z winem bywa najpierw uderzyło do głowy, kac przyszedł dzień później ;) 


Malaga Wine ma nazwę bardzo adekwatną do swojego koloru - głębokie, nasycone, rubinowe wręcz wino, bezdrobinkowe, ale i nieco szkliste, dwie warstwy kryją całkowicie, ale przy długich paznokciach trzy cienkie warstwy zapewniają idealne krycie i brak prześwitujących końcówek. Nakłada się stosunkowo dobrze, pędzelek jest szeroki, ścięty na prosto i gładko rozprowadza lakier, ale wolałabym, żeby był zakończony półokrągło - to ułatwiłoby manewrowanie przy skórkach. Nie robi bąbelków i nie rozlewa się po płytce. Sam lakier schnie szybko, bez jakichkolwiek przyspieszaczy po 20 - 25 minutach 3 warstwy są zaschnięte na kamień i można spokojnie działać rękami. Cóż z tego jednak jeśli na drugi dzień mam starte końcówki i malutkie odpryski... Dopiero po wspomożeniu się Seche lub Insta dri wytrzymuje dłużej, ale to działanie topa, a nie wysoka jakość lakieru.
Dodatkowo jeśli nie położymy bazy pod spód, lakier zabarwi płytkę na delikatnie różowy kolor. Plusem jest z pewnością duża pojemność - 15ml, ale jego jakość z pewnością nie zasługuje na polską regularną cenę - 49zł.
Ja nie mówię, ze to lakier zły, ma naprawdę piękny kolor i lubię go używać, ale tylko jeśli mam pod ręką coś przedłużającego jego żywot, w innym wypadku wolę sięgnąć po Chinkę :) Wiem natomiast, że są szczęściary, którym OPI nie robi głupich numerów i tym Dziewczynom bardzo zazdroszczę ;) 


Zdjęcia robione były w dziennym świetle, i jak się okazało MW jest uparcie niefotogeniczna, w rzeczywistości jest zdecydowanie ciemniejsza i bardziej nasycona. Ostatnie zdjęcie robione jest z lampą i tam, o dziwo, kolor wyszedł chyba najlepiej :) 

 



A jak Wam spodobało się Winko? Chętnie poczytam o waszych typach i osobistych odczuciach względem lakierów OPI :)

Pozdrawiam
M. 

PS. Post ten opublikowany jest automatycznie. Na wszelkie komentarze odpowiem po powrocie, w niedzielę :)

piątek, 25 stycznia 2013

Bronze goddess, czyli kremowy cień Maybelline Color Tattoo 35 On and on Bronze

Cześć!

Dzisiaj dla odmiany cień z mojej ostatnio ulubionej kategorii - kremowych. Opisywałam tutaj już egzemplarze od Chanel, Catrice, Essence i L'oreal, przyszła i pora na Maybelline. 


On and on bronze zapakowany jest w słoiczek z ciężkiego szkła z wieczkiem w kolorze zawartości, za co duży plus! Po jego odkręceniu ujawnia się naszym oczom roziskrzona powierzchnia w kolorze średniego brązu, lekko ciepłego z metalicznym blaskiem. Kolor jest jednak na tyle neutralny, że pasuje do chyba wszystkich typów urody. Cień ma bardzo miękką, maślaną konsystencję, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, nie jest zbyt tłusty czy mażący się. Do nakładania najczęściej używam po prostu palca, czasem małego, płaskiego pędzelka. Kolor można budować poprzez dokładanie warstw lub rozetrzeć do błyszczącej mgiełki. Na powiece cień rozkłada się równomiernie. Ładnie łączy się z innymi kremowymi specyfikami a utrwalony cieniem prasowanym nie robi kuku. Nałożony na bazę trzyma się jak przyspawany do 12 godzin (w zależności od humorów mojego sebum ;)),  co czyni go chyba najtrwalszym kremowym cieniem z jakim miała do czynienia :) Nie roluje się i nie spływa
Minusów właściwie nie zauważyłam, to idealny cień do szybkiego makijażu, ładnie podkreśla oko, a przez mokry połysk rozświetla spojrzenie. Na pewno dobrze sprawdzi się latem, zwłaszcza przy lekko opalonej buzi. Żałuję, że w Polsce mamy go w tak wąskiej palecie kolorystycznej - w USA co rusz wprowadzane są nowe edycje, a człowiek może jedynie ślinić się do monitora :/ 
Swój kupiłam jeszcze w rossmannowskiej promocji - 40%, jego regularna cena to ok. 25zł. Dostępny w Rossmannach i SP, nie wiem jak z innymi miejscami.

A tak On and on bronze prezentuje się na swatch'ach:

Ostatnie zdjęcie z fleszem
I jak Wam się widzi taka forma cieni? Ja po paru ładnych latach nieuznawania niczego innego niż prasowane i pigmenty przekonałam się do kremowo-żelowych wytworów i wcale nie jest mi z tym źle ;) 

Pozdrawiam
M.

PS. Post ten opublikowany jest automatycznie. Na wszelkie komentarze i pytania odpowiem po powrocie, w niedzielę :)

Co może powstać z małego pudełka i sterty starych gazet? ;)

No właśnie. Co może powstać z takich składników? 

W moim przypadku - miejsce przeznaczone na przechowywanie szminek ;) Składowymi poniżej przedstawionej szkatułki był stos starych InStyle'ów i pudełko kupione w Pepco za zawrotną kwotę 14.90 zł, które pierwotnie miało służyć do trzymania zdjęć, ja natomiast przerobiłam ja na to co widać poniżej: 



To tylko część szminek, reszta mieszka w kufrze na narzędzia ;)

Jedynym minusem jest brak jakiegokolwiek zamykania, wiec trzymam je na honorowym miejscu w pozycji horyzontalnej i przenoszę z wielką ostrożnością. Zamierzam zaopatrzyć się w jeszcze jedno, żeby mieć gdzie trzymać wszystkie gotowe palety cieni :) No i trzeba uważać z łapkami - bardzo łatwo można zostawić ślady :/

A jak Wy przechowujecie swoje skarby? :) Ja nie dorobiłam się jeszcze Helmera (niestety) do trzymania wszystkiego razem, wiec część kolorówki mieszka w kufrze narzędziowym z OBI, reszta w małej półeczce z szufladami a lakiery w trzech kolorowych pudłach :)

Pozdrowienia
M.

PS. Post ten opublikowany jest automatycznie, tak jak i kilka kolejnych. Ja natomiast właśnie spędzam miło czas z Połówkiem ;) Na wszelkie komentarze odpowiem po powrocie, w niedzielę :) 

czwartek, 24 stycznia 2013

Od niego wszystko się zaczęło - Essie - Mint Candy Apple

Zanim przeczytacie o Essiaku muszę uprzedzić iż mój osobisty laptop padł po 6 latach wiernej służby i aktualnie dorywczo korzystam z lapka taty, którego bardzo nie lubię (kompa nie lubię, nie ojca, tak dla jasności) i vice versa ;) Przez to mogę być tutaj nieobecna przez kilka dni, ale postaram się coś wykombinować, tak by publikować na bieżąco :)
PS. Jak ja nie lubię edytorów zdjęć online :/


Cześć! 

Pamiętacie jeszcze te czasy kiedy pomalowanie paznokci na kolor miętowy wydawało się czymś raczej trudno wykonalnym? Ja pamiętam, głownie dlatego, że trudno było spotkać lakier w takim kolorze, a jeśli już, to była to paskudna perła a la lata 80. I nagle boom! W 2009 roku (tak, to już ponad 3 lata mody na mjente) Essie wypuszcza na rynek Mint Candy Apple, tłumy szaleją, gwiazdy i gwiazdki (Beyoncé użyła go w swoim teledysku Why don't You love me?) pokazują się w nim na potęgę, a Chanel wypuszcza swoją wersję - Jade. Od tego momentu wszelkie szpitalne odcienie zieleni, mięty, błękitu i koloru jasnozielonego zwanego wdzięcznie jade właśnie, wkroczyły do lakierowego mainstreamu. Każda szanująca się firma w szybkim czasie wypuściła coś w tym klimacie i teraz trudno jest raczej znaleźć firmę, która nie ma go w ofercie ;) Sama mam w swoim pudełku kilka różnych wariacji tegoż odcienia, ale chciałam poznać tą Jedną Jedyną Oryginalną Miętę, możnaby rzecz kolor wręcz kultowy.... Tak oto MCA wylądowało w koszyku i doczekało się sesji fotograficznej :) 

Po tym przydługim nieco wstępie przejdźmy do rzeczy: 

Mint Candy Apple to dla mnie kolor szpitalnej zieleni. Serio, gdy tylko patrzę na ten kolor, automatycznie czuję ten charakterystyczny zapach szpitalnych korytarzy. No, ale to tylko mój mózg ;) Normalny człowiek zobaczy po prostu jasną, rozbieloną nieco zieleń, z nutką błękitu. Kolor jest pastelowy, kremowy, ale o dziwo nakłada się całkiem przyzwoicie, chociaż przy odrobinie nieuwagi  można dorobić się małych smug. Przy krótkich paznokciach wystarczy jedna warstwa, przy dłuższych dwie dają całkowite krycie. Rozprowadza się gładko po płytce, rozlewając nieco po skórkach. Schnie szybko i bez problemów, żadnych bąbelków ani innych paskudztw, bardzo dobrze współpracuje z topem Good to Go również Essie. Pędzelek jest standardowo szeroki, ułatwiający malowanie. Kupicie go w Superpharmie, Hebe (tańszy niż w SP o złotówkę ;)) i internecie, ale tu można trafić na wersję z pędzelkiem cienkim.
Cóż więcej mogę o nim napisać...? Nie jest on w 100% idealny, ale rozumiem dlaczego stał się tak popularny :) Jakościowo stoi na bardzo wysokim poziomie, kolor pasuje do wielu karnacji i IMO jest po prostu ładny. Najwidoczniej te trzy czynniki wystarczyły by uczynić go gwiazdą wielu sezonów ;) 


Zdjęcia robione w świetle dziennym rozproszonym, ostatnie z fleszem :)

I jak? Macie jabłuszko w swoim arsenale czy też nadal dzielnie opieracie się tego typu kolorom? A może to właśnie MCA jest Waszym ulubieńcem? Chętnie poczytam Wasze opinie :)

Pozdrawiam
M.

środa, 23 stycznia 2013

Pojawiam się i znikam, i znikam..., czyli cień Catrice 410 C'mon Chameleon

Cześć! 

Dzisiaj kilka słów o moim kolejnym Catrice'owym nabytku - cieniu-kameleonie, szeroko opisywanym w blogosferze. Muszę przyznać, że długo mu się opierałam, twierdząc, że przecież w końcu kupię sobie MACowego Club'a, co oczywiście nie nastąpiło i tak kameleon znalazł się w moim koszyku. Do jego zakupu przyczyniła się też recenzja Zoili, którą niestety przejrzałam jedynie pobieżnie i teraz mam za swoje ;) 


C'mon Chameleon w opakowaniu jest zielony. Po prostu zgniłozielony, z połyskującym gdzieniegdzie brązem, dosyć metaliczny.  I to drugi był powód dla którego trzymałam się od niego z daleka, bo nie do końca przepadam za takimi odcieniami na swoich powiekach. Przyszedł jednak dzień, kiedy potrzebowałam takiego koloru, potuptałam więc potulnie do Natury i zgarnęłam z półki ostatnią sztukę. Malując się nim kilka godzin później moją jedyną reakcją było WTF? Otóż zieleń została w opakowaniu, a na oku miałam kolejny brązowy cień, którego w dodatku lepiej było nie rozcierać, bo znikał. Tak, znikał. Nałożony na bazę Oszustwo pełną gębą. Przeszłam więc na metodę pacania się po powiece większą ilością cienia nałożonego mokrym pędzelkiem i wtedy ukazała się zieleń, ale dość nieśmiało. Nadal miałam więc brąz z domieszką zieleni. Podejrzewam  że powinnam była użyć Duraline, którego nie miałam wtedy pod ręką, chyba tylko on jeden jest w stanie wyciągnąć z niego to co najlepsze. 

Z bliska :)
Sam cień jest bardzo miękki i pylisty, najlepiej nakładać go małympłaskim pędzelkiem ze sztucznego włosia i nie rozcierać za bardzo. Wtedy uzyskany efekt jest całkiem przyjemny przez góra 3 godziny, chociaż tu muszę uczciwie zaznaczyć, że testowałam go na bazie Hean, która się nie sprawdziła w moim przypadku, więc być może to kombinacja tych dwóch czynników sprawiła, że złaził mi w tak szybkim tempie. Opakowanie plastikowe, całkiem trwałe, zamykanie trzyma się pomimo pobytu w różnych miejscach  a zawartość nie pokruszyła się
Niemniej jednak jak dla mnie ten cień to niezbyt udany produkt, może u innych się sprawdzi lepiej, ja stosuję go tylko na dolną powiekę w formie kreski lub na kredkę Jumbo z Sephory, której nie ruszy nic, ale przecież nie o to tu chodzi :) Gdybym miała jeszcze raz rozważyć zakup, z pewnością wybrałabym Club, który pewnie prędzej czy później wpadnie do mojej palety. 
Kupicie go w Drogeriach Natura, Aster i Hebe za 8.99 11.99 zł, chociaż czasem ciężko na niego trafić.  

Światło dzienne, rozproszone, po prawej solo, po lewej na bazie. 
Z fleszem, po prawej solo, po lewej na bazie. 
Dla dociekliwych: różnica między cieniem Catrice a MAC w poście Krzykli <kilk> 

Lubicie takie duochromowe cienie? Ten konkretny mi nie podszedł, ale inne, zwłaszcza MACowe są moimi ulubieńcami :) Posiadaczki kameleona - napiszcie, czy u Was jest tak samo paskudny jak w moim przypadku ;) 

Pozdrawiam
M.

wtorek, 22 stycznia 2013

Lustereczko, powiedz przecie..., czyli GR Jolly Jewels 102


Mirror, mirror on the wall.
Who is the fairest of them all?

Cześć! 

Tym razem zaczęłam od cytatu, nie z bajki lecz z filmu, o Królewnie Śnieżce i Łowcy. Ravenna - zła Królowa (przegenialna Charlize Theron) wypowiada te słowa do magicznego lustra oczekując znanej wszystkim odpowiedzi. Nosząc dzisiejszego bohatera na paznokciach czuje się niczym owa postać, bo za każdym razem spoglądając na swoje dłonie widzę małe lustereczka i mam ten urywek w głowie ;) 


102 to kolejny z moich trojaczków, który gości na blogu (poprzednim było złotko 103). W odróżnieniu od 103 ten jest srebrno-srebrny, bez domieszek innych kolorów. W bazie złożonej z gęstej, srebrnej mgiełki zawieszone są srebrne piegi i plastry miodu. Całość jest kryjąca po dwóch warstwach, ale dla lubiących jeszcze więcej blasku lub posiadaczek naprawdę długiej płytki, można dołożyć trzecią. W odróżnieniu od swojego złego brata, ten przyjemniaczek rozprowadza się wzorowo, nabierając akuratną ilość lakieru aby pokryć płytkę, pędzelek jest długi i dość giętki. Dwie warstwy robią nam z paznokci małe lusterka, które w świetle, czy to sztucznym, czy słonecznym rozbłyskują w każdą stronę. Efekt zdecydowanie rzucający się w oczy, bardziej niż 103, która stapiała się bardziej z odcieniem skóry. Lakier sprawdzi się świetnie zamiast biżuterii na imprezę, lub też jako błyszczący dodatek, mnie osobiście kojarzy się z Królową Śniegu i pasuje jak ulał do aury za oknem ;) 
Schnie wyjątkowo szybko, dając chropowatą powierzchnię, na którą dobrze jest nałożyć przynajmniej jedną warstwę topa dla ochrony lakieru i wzmocnienia blasku, ale uprzedzam, że dopiero trzecia warstwa utrwalacza daje gładką powierzchnię - to prawdziwy topożerca ;) Trzyma się spokojnie 4 dni bez żadnej bazy. Zmywanie tylko na folię, nie wyobrażam sobie innego sposobu. Buteleczka tego cuda kosztuje 12.90 zł na stoisku firmowym, wiem, że można go dostać też w innych drogeriach, ale nie orientuję się jak z cenami. 

No to patrzcie i podziwiajcie: 

Zdjęcia (oprócz ostatniego) robione wewnątrz, przy świetle dziennym, dwie warstwy JJ 102. 






Z fleszem
I jak się Wam podoba efekt? Lubicie takie lakiery czy pozostajecie wierne klasycznym kremom? A może macie swoich ulubieńców w tej kategorii? Chętnie poczytam o Waszych typach :) 

Pozdrawiam
M. 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Chanel 87 Taupe Grisé, czyli w poszukiwaniu idealnego (od)cienia

Cześć! 

Gdybym miała wybrać jeden i tylko jeden ulubiony kolor cienia ( co mam nadzieje się nie zdarzy ;)) bez wątpienia powiedziałabym magiczne słowo taupe <klik>. Mieszanka szarości, brązu i fioletu sprawdza się zawsze i jest na tyle uniwersalna, że pasuje do większości stylizacji. W mojej kosmetyczce można znaleźć coraz więcej cieni i kredek w takim kolorze - poczynając od najpopularniejszego odcienia MACa - Satin Taupe, poprzez ME850 Shu Uemura do kredki Essence Taupe me! Pozostaje nadal kilka cieni, które chciałabym zdobyć m.in. Moth Brown MACa, który oryginalnie wchodził w skład kolekcji Madame B. Barbie (01.2005) a niedawno został wypuszczony ponownie w By Request (08.2012) i nie dość, że był niedostępny w PL to rozszedł się na pniu :/ Trochę żałuję, że posłałam w świat Smoke&Diamonds (kolejny kultowy kolor MACa), ale wiem, że jest dobrze wykorzystywany - prawda Kasiu? :)
Nie ustając w poszukiwaniu idealnego odcienia tego koloru w czasie wyprzedaży w Douglasie kupiłam mój pierwszy cień Chanel - 87 Taupe Grisé pochodzący z kolekcji limitowanej na jesień 2010 (nie wiem czy wszedł do stałej oferty), i nadal poluję na Fauve



Co tu dużo mówić, Chanel to klasa sama w sobie - minimalistyczny design opakowań, przepiękne kolory i dobra jakość, czyli to właściwie starsza, bardziej elegancka siostra MACa, która ma w sobie to wszystko co cenię w kosmetykach kolorowych. 

Cień zamknięty jest w dość dużym, prostokątnym opakowaniu z wytłoczonym logiem Chanel. Po otwarciu ujawnia nam się zawartość z ochronnym plastikiem oddzielającym pacynkę i cień od reszty opakowaniu i dużym lusterkiem w którym można spokojnie dokonać poprawek o ile są one niezbędne. Całość zapakowana jest w welurowy woreczek, na którym również widnieje logo. Plastik jest trwały i odporny na wszelkiego rodzaju uszkodzenia. Z tyłu opakowania umieszczony jest mały prostokąt w kolorze cienia, dla identyfikacji zapewne ;) Otwieranie bezproblemowe. Uprzedzam, ze na plastiku zostają paskudnie widoczne odciski palców, więc jak ktoś jest wrażliwy to może dostać palpitacji ;) 
Sama zawartość to na pierwszy rzut oka szarość z fioletowym podbiciem, na oku jednak ujawniają się brązowe tony. Cień ma migotliwe wykończenie, coś pomiędzy shimmerem a satyną i idealnie nadaje się do delikatnego smokey eyes, które na upartego można zrobić tylko nim. Nałożony na dolną powiekę daje bardziej miękki efekt niż kredka, a podkreśla oczy równie efektownie. Fioletowa mgiełka ładnie podbija zieloną tęczówkę. Pigmentacja jest idealna, konsystencja natomiast jest nieco sucha, inna niż produkty UD lub theBalm, ale nie sprawia problemów i nie pyli w opakowaniu. Dobrze blenduje się z innymi cieniami. 
Trwałość na bazie nie do zdarcia, solo nie testowałam. W opakowaniu mamy 2g cienia dostępnego w perfumeriach sieciowych, internetowych i serwisach aukcyjnych. Cena to kwestia względna, zdarzają się okazje, tak jak w moim przypadku ;) 

wnętrze...
....i tył
Światło dzienne, rozproszone
Światło dzienne, rozproszone
Z fleszem
Firma Chanel zdobywa powoli moje zimne serduszko, coraz więcej produktów z podwójnym C gości w moim kuferku i pokazuje, że nawet mimo niechęci należy czasem dać szansę - co znaczy ni mniej, ni więcej, iż nabyłam również nielubiane przeze mnie cienie czwórki (i nie tylko...), ale o tym w innym poście ;) 

Kupując ten cień spodziewałam się produktu luksusowego w każdym tego słowa znaczeniu i taki też dostałam. Przy sprzyjającej okazji planuję powiększyć swoją kolekcję o kilka innych odcieni, co zapewne zajmie mi trochę czasu ;)
A jakie są Wasze odczucia wobec tego koloru? Lubicie, nie znosicie, rzucacie się na wszystko co ma taupe w nazwie (patrz ja ;))? 

Pozdrowienia
M. 

czwartek, 17 stycznia 2013

Spektakularna limitowanka Catrice? Moje zdobycze ze SpectaculART + trochę o Clinique

Cześć! 

Po kilkudniowej nieobecności wracam z łupami z obecnie panującej w Naturach i Hebe - SpectaculART, które w końcu zebrałam w całość i wrzucam do jednego posta (szminki już były, wiem, ale teraz mogę w końcu coś o nich napisać ;) Po zobaczeniu swatchy w internecie polowałam mocno na brokatowy topper, który w końcu dopadłam i który pokazywałam Wam już w poprzednim poście KLIK!. Oprócz tego capnęłam dwa cienie - przepiękną brzoskwinię i oliwkę, a wcześniej dwie pomadki (na szczęście po cenie drogerii Hebe, nie naturowej ;)). W międzyczasie byłam też na konsultacjach dermatologiczno - makijażowych Clinique, na których nie dowiedziałam się niczego nowego, ale poznałam lepiej kolorówkę tejże firmy i kilka rzeczy wpadło mi w oko ;) O tym jednak za chwilkę, a teraz mała prezentacja i kilka słów na temat produktów: 

Razem :)
Na pierwszy ogień szminki: Revel the Red i Soulful to dwa z trzech dostępnych kolorów, beżowego nie wzięłam bo wygląda jak bezbarwny balsam, a od takich rzeczy to ja mam Blistex :) Szminki zwą się dumnie Sheer Lip Colour i tak też w rzeczywistości jest - dają tylko poświatę koloru i mokry połysk, chociaż przy kilku warstwach fuksjowa RtR daj całkiem widoczne zabarwienie, ale nadal transparentne, Soulful po prostu podbija kolor ust, nie nadając im trupiego fioletu o co się bałam. Obydwie mają rozświetlające drobinki, które na ustach nie są zbyt widoczne. Jakościowo tragedii nie ma, ale nie powiem, żeby były wybitne - trzymają się dość krótko i nie nawilżają ust na długo mimo swojej masłowatej konsystencji. Jeśli ktoś lubi się dosmarowywać co chwilę to można wypróbować, ale nie za 17 zł (W Naturze, w Hebe kosztują 9.99 zł). Za całokształt mają mocne 3+. 
Soulful - Revel the Red
Revel the Red, która wbrew nazwie jest pięknie malinowo - fuksjowa ;) 
Soulful z niebieskim shimmerem, który na ustach jest niewidoczny, ale zęby  w magiczny sposób wydają się przy nim bielsze ;) 
Po jednej warstwie - ładnie widać transparentność ;) na ustach Soulful jest trochę ciemniejszy, ale to niewielka różnica
Revel the Red - Soulful
Gwiazda kolekcji czyli cienie - Artfully Lustrous (brzoskwinia) i So Precious (oliwka przechodząca w stare złoto). Taka formuła cieni jest hitem ostatnich miesięcy - jako pierwsze były żelki od Estee Lauder, a potem już jakoś poszło - Sephora, Lancome, Catrice.... Ta dwójka ma naprawdę dobrą pigmentację i gładko rozprowadza się po powiece, dobrze blendując się z cieniami innych firm. Efekt jest faktycznie metaliczny, ale na tyle delikatny, że użyte na dzień nie będą robiły zbyt dużego bling-bling. Zdecydowanie warte uwagi! Brzoskwinia jest dobra na łuk brwiowy i do kącika. 
Topper już pokazywałam, więc znacie moją opinię na jego temat, mogę tylko dopisać, że w użytkowaniu jest przyjemny, jedyne do czego się mogę doczepić to krzywo ścięty pędzelek, ale być może to tylko wina mojego egzemplarza. 
Puder rozświetlający i lakiery pominęłam zupełnie - nie były na tyle unikalne, żeby je kupować, szczególnie rozświetlacz, bo te ostatnio mi się niepokojąco rozmnożyły ;) Róż w musie i kępki - nie moja bajka totalnie.

Artfully Lustrous
So Precious
So Precious - Artfully Lustrous
Zimne światło zdecydowanie tym kolorom nie służy, kolorytowi moich dłoni także ;) 
Kilka słów o Clinique - Douglas organizuje cyklicznie tego typu akcje z różnymi firmami, m.in. Chanel w którym również brałam udział. Tym razem była to firma, która mnie kojarzy się głównie z trzema krokami i mało nasyconymi cieniami ;) Jak taka impreza wygląda? Przemiła Pani konsultantka (serio, trafiłam na taką co się naprawdę znała na rzeczy i nie próbowałam nic wciskać na siłę) najpierw opowiada o samej marce kilka słów a potem przeprowadza wywiad, pyta o problemy skórne, przyzwyczajenia i preferencje, następnie na tej podstawie dobiera pielęgnację wg. małej ściągi z suwaczkami - takie tabliczki leżą przy standach Clinique, widywałam je szczególnie w Sephorze. Wszystko w miłej atmosferze, okraszone rozmową na tematy nie tylko kosmetyczne - być może pomogło to, ze byłyśmy z p. Martą w podobnym wieku i jak się okazało, też bardzo lubi MACa ;) Trzeba przyznać, że nie byłam do niczego zmuszana, przekonywana na siłę, nagabywana i nie udowadniano mi, że produkty Clinique to chodzące ideały - tutaj duży plus. To były raczej wskazówki, które produkty wybrać jeśli byłabym zainteresowana ofertą. Po części pielęgnacyjnej przyszedł czas na demakijaż mojej twarzy i dopasowanie kolorówki, z kompletnym makijażem włącznie. I w tej części odkryłam kilka fajnych produktów - m.in. kremowe cienie i Chubby Sticki, które do tej pory skutecznie omijałam, a obawiam się, że niestety ten stan długo nie potrwa.... ;) Makijaż sam w sobie - zrobiony wedle moich preferencji  ale z delikatnymi wskazówkami kolorystycznymi ze strony konsultantki - wyszedł naprawdę dobrze i co najważniejsze, nie czułam się zbytnio zmalowana czy z grubą warstwą tapety. Poznałam też rewelacyjnie napigmentowane róże - produkt na który w ogóle nie zwracałam uwagi, a okazało się, że taki Iced Lotus np. pięknie wygląda na mojej twarzy. Co mi się jeszcze podobało to dokładna dezynfekcja alkoholem wszystkiego co dotykało mojej twarzy: pędzle, produkty, łapki p. Marty, niby to norma, ale tutaj miałam naocznie udowodnione, że nie pakują mi na twarz bakterii ;) 
Jedyne do czego mogłabym się doczepić to właściwie nie wina Clinique a badziewnego ustawienia standu i oświetlenia dzięki czemu w miejscu gdzie siedzi klientka było zbyt ciemno i makijaż w pierwszej wersji wyszedł dość przerysowany... Po kilkukrotnym bieganiu do lepszego światła i rozcieraniu było ok, ale podejrzewam, że po przemeblowaniu można by uniknąć takiej sytuacji :) 
Za zakupy na kwotę 225zł i wyżej w prezencie była kosmetyczka z mini produktami, ale nie dałam się skusić - wzięłam tylko tusz High Impact Extreme Volume, którym zostałam pomalowana, bo wyglądał naprawdę dobrze na moich rzęsach a w dodatku jako jeden z niewielu nie osypał się po krótkim czasie i nie pokruszył! 

Podsumowując (brawa dla tych, które przeczytały cały wywód ;)) - jestem zadowolona z takiej akcji i z pewnością skorzystam jeszcze nie raz. Podobał mi się sposób w jaki zostałam przyjęta, bez pośpiechu, z odpowiedziami na wszystkie pytania i bez nadmiernego zadęcia. Poprzednio zdarzało mi się traktowanie nieco z góry, z racji wieku i najwidoczniej nieodpowiedniego odpicowania ;) tym razem było po prostu przyjemnie i 1.5 h które spędziłam na fotelu minęły w sposób niezauważony. 

Ufff to tyle ode mnie, w razie pytań służę pomocą ;) 

Pozdrawiam
M. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...