środa, 27 lutego 2013

Podaruj mi trochę słońca czyli Essie Braziliant

Cześć! 

W ten jakże paskudny dzień przynoszę Wam powiew wiosny, lub też lata właściwie - cudownie soczysty lakier Essie w kolorze Braziliant pochodzący z kolekcji o tej samej nazwie na lato 2011. Tak dla odmiany po ostatniej czekoladzie ;) Obecnie dostępny jest w regularnej ofercie w wersji z szerokim pędzelkiem. 

Braziliant to jaskrawo pomarańczowa baza w której zatopiony jest koralowo-różowy shimmer. Całość w buteleczce prezentuje się jak jedna z kreacji mojej ulubionej celebrytki - Edzi H, czyli nieco duochromowo nawet :) 


Zostawmy jednak byłe tancerki, a skupmy się na konkretach. Lakier na paznokciu traci większą część różowego połysku - widać go jedynie w słońcu i dlatego też na moich zdjęciach go nie zobaczycie :/ Na żywo było nieco lepiej, ale to jeden z tych odcieni, które wyglądają świetnie w letnich promieniach słońca a zimą tracą trochę uroku. Dwie warstwy dają przyzwoite krycie, ale ja dla spokoju sumienia dodałam trzecią, dzięki czemu nic mi już nie prześwituje, a widoczność białych końcówek nie irytuje ;) Lakier błyszczy się jak tafla i połysk ten trzyma się spokojnie dwa dni, potem całość matowieje, a końcówki zaczynają się nieznacznie ścierać. Schnie błyskawicznie i nie bąbelkuje. Konsystencja niezbyt lejąca się dzięki czemu skórki pozostają nienaruszone ;) To po prostu kolejna porządna propozycja od Essie i mimo, że do tej pory unikałam odcieni pomarańczowych w lakierach, Braziliant ma dużą szansę na bycie moim wiosenno-letnim ulubieńcem. I ostrzegam, że rzuca się w oczy, mimo, że to nie neon, a na potwierdzenie tejże tezy - zdjęcia: 











Mam nadzieję, że choć trochę rozjaśniłam Wam ten wieczór ;) 

Pozdrowienia
M. 

piątek, 22 lutego 2013

Gorzka czekolada czyli ORLY Rapture :)

Cześć! 

Dzisiaj w końcu pierwszy z obiecanych miniaturek ORLY <klik> - Rapture. Czytając nazwę tej firmy za każdym razem mam tylko jedno skojarzenie :D 


Ale dzisiaj nie o memach internetowych i sowach, a o całkiem przyjemnym lakierze ;) czyli pierwszym brązie w moim zbiorku. Rapture pochodzący z kolekcji Fired Up (jesień 2012) to kremowa, bardzo ciemna czekolada, wpadająca w czerń, ale nie chłodna. Odcień mimo, że ciemny to wydaje mi się dość bezpieczny  i odpowiedni nie tylko na wieczór. Na paznokciach jest ciemniejszy niż w buteleczce. Nakłada się gładko i bez smug, ale do całkowitego krycia potrzebne są dwie cienkie warstwy. Nie smuży i nie robi bąbelków, nie rozlewa się też po paznokciu. Pędzelek jest mały i wąski, ale dobrze rozprowadza lakier. Całość schnie ok. 20 min., ale trzeba uważać na ewentualne małe zarysowania. Najlepiej pociągnąć wszystko topem dla utrwalenia i nadania większego błysku, bo lakier sam z siebie nie robi lusterka. Wytrzymałość solo to 2 dni, potem końcówki nieco się ścierają, ale nie odpryskuje. Pojemność mojej miniaturki to 5.3 ml, pełnowymiarowa butla ma 18 ml i kosztuje 5.89 $ np. tutaj <klik>

Porównanie pędzelków - ten z lewej pochodzi z pełnowymiarowego Orlika (Fowl Play), po prawej pędzelek miniaturki Rapture. Jak widać nie ma zbyt dużej różnicy :) 

Na swatchach samego lakieru ostatnie zdjęcie zostało wykonane z lampą błyskową. 






Rapture to bardzo dobry lakier, jakościowo jest na 5, a i kolor jest przyjemny, chociaż na pełnowymiarową butelkę bym się nie pokusiła :) Brązy to nie moja bajka i ta jedna buteleczka spokojnie mi wystarczy. 

A Wy? Co sądzicie o tego typu kolorach? Lubicie lakiery Orly? 

Pozdrawiam
M. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

Poszukuję jubilera...

Cześć! 

Dzisiaj to ja mam do Was pytanie :) Poszukuję jubilera (Śląsk, Dolny Śląsk ew. Łódź), który wykonałby pierścionek mojego projektu z białego złota i kamieni szlachetnych. Wszelkie sprawdzone adresy, wskazówki a także rady kogo unikać chętnie przyjmę :) 

Pozdrowienia
M. 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Chanel Ombre Essientielle 90 Fauve, czyli jak rzeczywistość zderzyła się z marzeniami...

Cześć! 

Dzisiaj kilka słów o cieniu, który jeszcze niedawno ochrzciłam  my Precious.... No właśnie, po testach naocznych jestem w pełni przekonana, że nie zasługuje na to miano. Ale nie będę uprzedzać faktów zacznę więc od pierwszego wrażenia :)


Ładny, prawda? Widziałyście już to zdjęcie poprzednio i wygląda na nim bardzo zachęcająco, z resztą to napisałyście w komentarzach ;) 

Zapakowany jest w klasyczne dla Chanel czarne pudełeczko, welurek i czarno-złoty kartonik. Do zestawu dołączona jest pacynka (tym razem biała) i plastik oddzielający cień od reszty opakowania. Po zdjęciu tych wszystkich cudów i otwarciu opakowania ujawnia nam się zawartość. Fauve (fr. płowy)  to mieszanka fioletu i brązu z niewielką domieszką szarości i mnóstwem srebrnych drobinek, baza jest metaliczna. Na oku są one widoczne, ale nie dają efektu brokatu. Kolor uniwersalny i przyjemny, ładnie wygląda w zestawieniu z wszelkiego rodzaju brązami/fioletami/szarościami i i solo, ale wtedy trzeba dobrze zatuszować cienie - inaczej efekt chorych oczu murowany. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy - pigmentacja. Na dłoni, jak zobaczycie poniżej, jest dobra, cień przenosi się gładko, troszkę pyli w opakowaniu i jest zdecydowanie bardziej suchy niż dotychczas używane przeze mnie cienie. Natomiast, żeby przenieść ten kolor na powiekę trzeba poskrobać po powierzchni i te wiórki wciskać w powiekę, płaskim, małym pędzelkiem a najlepiej użyć Fix+ lub wody i nałożyć go na mokro, wtedy jest lepiej. Dodatkowo srebrne drobinki sypią się wszędzie i mamy darmowe rozświetlenie okolic oczu i policzków ;) Podczas blendowania lubi znikać, co mnie osobiście doprowadza do szału, bo makijaż z nim wygląda tak: Fauve - blendowanie - kolejna warstwa Fauve - znowu blendowanie - jeszcze więcej Fauve.... Trzeba mieć czas i chęci. Chociaż chyba chęci przede wszystkim ;) Jeśli natomiast uda nam się osiągnąć zamierzony efekt, wtedy już trzyma się dobrze, nie znika i nie robi niemiłych niespodzianek. 
Dostępny w perfumeriach sieciowych - stacjonarnych i w internecie, w bardzo różnych cenach ;) 

Fauve nie jest zły, ale spodziewałam się czegoś więcej. Jego główny problem leży w pigmentacji i zabawie przy nakładaniu. Jeśli znajdę pędzelek lub metodę, która skutkuje przy nim w 100% na pewno się podzielę, a tymczasem zostawiam Was ze zdjęciami samego cienia i - uwaga - mojego oka z nim w różnym oświetleniu ;) Na swatchach po lewej jest solo, po prawej na bazie :) 

Enjoy! 




I oko w różnym oświetleniu, ostatnie zdjęcie z fleszem. Aparat pożarł kolory - jak zawsze. Na ruchomej powiece Fauve, w załamaniu Shale MACa, na dolnej powiece kredka Essence Taupe Me! + Shale. 






Yay or naaah?  Osobiście, cieszę się, że go mam, ale jak na razie daruję sobie kolejne przygody z cieniami pojedynczymi tej firmy ;) A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? 

Pozdrowienia
M. 

niedziela, 10 lutego 2013

366 dni...

....chociaż właściwie dzisiaj to już 369 ;) 

Tak, wychodzi na to, że mój blog skończył już rok! Przydałoby się jakieś podsumowanie lub coś w tym stylu, ale całkiem niedawno opisując swój rok 2012 zawarłam w nim kilka słów na temat tegoż przybytku <klik> więc powtarzać się nie będę, ale za to dodam co nieco ;) 

Do założenia bloga namówiły mnie właściwie dwie osoby - Połówek, który jeszcze nie wiedział jak to naprawdę będzie wyglądać ;) i Kasia z bloga Sweet&Punchy, która można powiedzieć była dobrym, kosmetycznym duchem tegoż przedsięwzięcia :) Słowo się rzekło i w ponury wtorkowy wieczór opublikowałam pierwszego posta <klik>. Początkowy zamysł był taki, żebym pisała w dwóch językach, ale dość szybko padł z prostego względu - braku czasu. Okazało się, że zrobienie (dobrych) zdjęć, ich obróbka i napisanie chociażby kilku prostych słów zajmuje mi niespodziewanie dużą ilość czasu, na wersje in English już go nie starczyło ;) 
Przez pierwsze pół roku zdjęcia wykonywałam zwykłą małpką Sony, która miała właściwie jeden plus - dobre makro ;) Brat po jakimś czasie ulitował się i tak do tej pory korzystam z jednej z najprostszych lustrzanek Nikona - D40, która IMO daje radę. Nadal jednak zbieram pieniądze na porządny obiektyw makro. Nie zamierzam inwestować w drogi aparat, bo blog jest (i będzie) moim hobby, odskocznią od codziennego życia, a sprzęt i programy graficzne którymi dysponuję pozwalają mi na publikację zdjęć w zadowalającej mnie postaci. Dla mnie liczy się przede wszystkim przejrzystość, dokładność i odwzorowanie koloru - chociaż przy niektórych produktach można sobie wypruć żyły, a i tak nie oddamy ich barwy - np koralowe lakiery ;) 
W jakim kierunku La Frambuesa zmierza? Chyba nie skłamię jeśli powiem, że chciałabym wprowadzić trochę recenzji pielęgnacji, bo w tej chwili odgrywa ona u mnie dużo większą rolę niż sam makijaż. Według pierwszych zamysłów miałam opisywać swoją kolorówkę - głownie MAC, a skończyło się na blogu w większości prezentującym lakiery do paznokci ;) Dzięki temu też moja kolekcja lakierowa rozrosła się wręcz nieprzyzwoicie, ale ciiiii.... ;) Nieustannie pracuję nad poprawą kondycji swoich włosów i cery (okazało się, że zmiana żywienia czyni cuda) i co jakiś czas planuję napisać o swoim kolejnym hicie, lub też kicie, o ile takie się trafią. I chciałabym zmienić szatę graficzną i logo, ale na razie jestem zdana na siebie i swoje umiejętności - jak widać ;) 

Kończąc ten przydługi wywód na temat moje bloga chciałam Wam - Czytelniczkom i Czytelnikom podziękować, za to, że współtworzycie to miejsce razem ze mną. Nie tylko tym zarejestrowanym, ale i  Anonimom - w tym moim znajomym z życia realnego, którzy nie zostawiają po sobie słowa pisanego, tylko czytają/oglądają :) Wasze komentarze cieszą mnie, czasem dają potrzebnego kopa i są zawsze czytane z jednakową radością :) Chciałabym, żebyście wchodząc tu zawsze znaleźli treści, które cieszą oko (portfel już niekoniecznie ;)) i dają informacje, których szukacie. Mam nadzieję, że będzie Was coraz więcej w okienku z Obserwatorami, a blog będzie się powoli rozwijał, już moja w tym głowa ;) 

I tak już naprawdę na koniec - w ramach 100 pytań do... Jeśli macie do mnie jakieś pytanie (kosmetyczne lub niekoniecznie), to jest czas na zadanie go ;) W miarę możliwości odpowiem na nie ;) 

Well... happy birthday to me! ;)
M. 

piątek, 8 lutego 2013

Szybkie swatche Essiaków - Braziliant, Exotic Liras, Sand Tropez

Cześć! 

Tak na szybko, dla zainteresowanych Essiakami, bo przecież promocja trwa jeszcze tydzień, a może zdjęcia i kilka moich słów pomogą komuś w wyborze ;) Każdy z lakierów będzie miał swoją oddzielną recenzję w przyszłości, jak już trochę go potestuję :)  

Cała trójka jest rewelacyjna i mogę jedynie napisać, że żałuję, że nie wybrałam ich wcześniej, szczególnie Sand Tropez <3 Na zdjęciach widzicie dwie warstwy, chociaż w przypadku ST powinnam dodać trzecią, do pełnego krycia. I tak, moje paznokcie są takie krótkie w tej chwili ;) 

Braziliant jest nietypowym pomarańczem, naładowanym złotymi i różowym mikroshimmerem, który na paznokciu jest widoczny i daje efekt wielowymiarowości, za to na zdjęciach pokazał się dopiero przy fleszu (ostatnie zdjęcie). 
Exotic Liras to po prostu kremowy, ciemny róż z dodatkiem fuksji - niby nic, a brakowało mi takiego odcienia, bo jedyne co mam w tym typie to barbie-fuksja Inglota <kilk>
Sand Tropez czyli co powstanie jeśli zmieszamy beż, szarość, róż i lila ;) Kremowy, ale nie nazwałabym go cielakiem, chociaż u niektórych osób może dać nieco trupi efekt. 

Kolejność na obrazkach wiadoma ;) 






Mam nadzieję, że skusiłam chociaż na jeden ;) 

Pozdrowienia
M. 

środa, 6 lutego 2013

Okazja czyni... zakupy ;) Czyli kilka nabytków z ostatniego czasu

Cześć! 

Piszę do Was z odzyskanego po niemal dwóch tygodniach mojego osobistego laptopa, który przeszedł mały upgrade, dzięki czemu nadal jest czarny i kanciasty, ale za to szybszy ;) Co oznacza również, że mogę spokojnie zająć się edycją zdjęć, które zrobiłam do tej pory i nadrobić wszystkie swatche, jakie obiecałam Wam w poprzednich postach :) 

A tak na początek wyniki promocji na różne produkty w SP (yep, nie mogłam sobie odmówić Essie ;)): 

Oprócz essiaków (Sand Tropez, Brazilliant i Exotic Liras) kupiłam cień kremowy Permanent Taupe (16 zł  w promocji :D ) i słynne już w blogosferze masełko do ust Nivea malinowo-różane (bo jakież by inne ;)) za 8.60 zł :) Zdążyłam już je przetestować i wiem, że będzie to moje ulubione domowe smarowidło, zastanawiam się też nad dokupieniem reszty wersji zapachowych :) 










Zamówienie na Cherry Culture <kilk>:

gdzie z pomocą pewnej Wizażanki stałam się posiadaczką trzech brokatowych, a właściwie glequinowych (tak, w angielskim jest słowo określające krzyżówkę cekinów z brokatem, na co my po prostu mówimy hexy lub plastry miodu ;)) lakierów Milani - Silver, Red i Gold i jednej, brzoskwniowo-piaskowej Chinki - Sunset Sail z kolekcji Anchors Away

i promocji -75% na produkty Sanoflore w aptece w Tesco ;)
  
Na tym uroczo prześwietlonym zdjęciu są trzy kremy do twarzy, balsam do ust (baaaaardzo średni) i olejek drenujący do ciała, który był już kiedyś w ulubieńcach miesiąca, ale dokonał żywota i czekałam na jakąś dobrą promocję, która nadarzyła się dopiero teraz :) Zielony krem to mój ulubieniec i recenzowałam go już kiedyś <kilk>, a dwa pozostałe kupiłam na zasadzie mają dobry skład, nie powinny zaszkodzić ;) 



Co w najbliższym czasie? Swatche Orlików <klik> i kilku produktów Chanel, a co jeszcze? Zobaczymy ;) 

Miłego wieczoru!
M. 

piątek, 1 lutego 2013

theBalm Shady Lady vol. 2 czyli dziewięciopak w zeberkę ;)

Cześć!

Dzisiaj, dla odmiany po ostatnich szanelach i lakierach marka, która najczęściej gości w blogosferze w postaci pudrów, bronzerów i róży - theBalm. Ja natomiast mam raptem dwie sztuki produktów twarzowych - Mary- i Betty-Lou, natomiast dużo więcej cieni (Nude'Tude <kilk> i pojedyncze opakowania <klik>). 


Jesienią jeszcze, podczas jednej z wielu akcji zniżkowych w Marionnaud udało mi się upolować paletę 9 cieni/eyelinerów za zawrotną kwotę 50 zł. Shady Lady vol. 2, bo o niej mowa składa się w 2/3 z odcieni, które nie są dostępne pojedynczo. Do wyboru miałam jeszcze vol. 1, ale zbyt wiele kolorów pokrywało się z tymi, które już miałam, tak wiec zeberka trafiła do mnie. 
Paleta wygląda jak standardowy cień theBalm powiększony 4-krotnie (10.5 cm x 10.5 cm) i rozkłada się jak książka. Jest zapakowana w kartonowe wdzianko, z nadrukami identycznymi jak sama paleta - zeberkowy wzorek, nazwa i figurka uroczej Pani ;) Po zsunięciu opakowania zewnętrznego i otwarciu produktu, naszym oczom ukazuje się 9 kolorowych kółeczek + duże lusterko. Aplikatorów brak. Każdy cień ma swoją nazwę nadrukowaną nad nim, i tak mamy:
  • Caught in the act Courtney - ciepły brąz ze złotym i miedzianym brokatem,
  • Feisty Felicia - ciemny fiolet z różowym i kobaltowym brokatem,
  • Insane Jane - taupe/płowy/zszarzały beż, bez fioletowego dodatku, metaliczny
  • Bossy Bobbi - granat z kropelką zieleni, nieco poszarzały, metaliczny,
  • Makeout Mary - trawiasta zieleń, metaliczna
  • Just this once Jamie - coś pomiędzy lilą, różem a beżem, metaliczny
  • Mischievous Marissa -  ciepły, miedziany pomarańcz, metaliczny
  • Tempting Tara - perłowo-metaliczna zimna biel,
  • Devilish Danielle - beżowo-brzoskwiniowy, metaliczny.

Cienie są miękkie, wręcz kremowe i dobrze nabierają się na pędzelek, choć nieco pylą. Co do pigmentacji, to najlepiej wypada szara Jane i zielona Marysia (moje ulubione kolory z tej palety ;)), najgorzej zaś dwa pierwsze kolory z dodatkiem brokatu - Courtney i Felicia. Reszta plasuje się pośrodku, chociaż nie mogę powiedzieć, żebym miała jakiekolwiek problemy z przeniesieniem koloru na powiekę :) Jasne kolory są bardzo błyszczące, więc wielbicielki matów mogą odpuścić od razu. Drobinki brokatu z cieni nie migrują i nie osypują się. Dobrze się rozcierają ale giną nieco w trakcie blendowania. Kolory pozwalają na makijaż zarówno dzienny jak i wieczorowy, dlatego też to dobry wybór na podróże.  Najlepiej nakładać je płaskim pędzelkiem, wtedy kolor przenosi się najłatwiej.
Trwałość na bazie to ok. 10 godzin, chociaż pod koniec nieco bledną, bez bazy nie próbowałam, więc nie mam pojęcia jak się zachowują :)
Opakowanie jest tekturowe, ale odporne, ściera się nieco jedynie na rogach, a magnes trzyma mocno i zapobiega przypadkowemu otwarciu palety. Całość palety to 17 g co daje 1.89g/pojedynczy cień. Standardowa cena takiej palety to 107 zł (~11zł za cień), ale warto polować na promocje :)
 
A teraz swatche :) Po lewej na gołej skórze, po prawej na bazie. 

Nie jest to paleta idealna, ale bardzo ją lubię i przez wszystkim jest przydatna, na wyjazdach i do szybkiego makijażu :) Jakość cieni jest wysoka, dobrze się z nimi pracuje, a małe defekty są zasłonięte przez niewątpliwe zalety ;) Nie dostanie ode mnie najwyżej noty, ale na 4,5/5 zasłużyła i gdybym miała komuś ją polecić, zrobiłabym to bez wahania :)

I jak Wam się spodobała? Lubicie cienie tej firmy, czy nie przemawiają do Was? :)

Pozdrawiam
M.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...